Veritas

2010-09-04 18:12:03

No dobra, chyba trochę przeholowałam z tym rozpisywaniem się. Tak naprawdę jestem wyjątkowo zestresowana tym wszystkim, a kiedy się denerwuje to szukam oparcia w dużej ilości informacji, jakby ona była wyznacznikiem tego co mam zrobić i jak się zachować. Nawet pisząc tutaj przy postach o rekrutacji i mieszkaniu, w głowie mam wrażenie, że odhaczam punkty: ’to już zrobiła, teraz to, brakuje tego...’. Uporządkowanie wszystkiego daje mi pewną formę spokoju przed nowym życiem na uczelni. Nie wiem czego mam się tak naprawdę spodziewać, mimo że pytałam o pierwsze zajęcia z prosektorium moich znajomych, o rady odnośnie robienia notatek, wykładowców itp. Chyba najbardziej przeraża mnie myśl, że mogę sobie nie poradzić w tym wszystkim, zatem na zapas zbieram tyle wiedzy ile się da oraz mentalnie się szykuję. Mam świadomość o głupocie tego, ale inaczej chodzę po ścianach ze zdenerwowania. Ponieważ tak bardzo jak mi zależy na pomaganiu ludzi w przyszłości, to same przygotowania do tego idą mi dość marnie. Przez ostatnie 4 lata nie szczególnie wybijałam się swoją wiedzą w szkole, a nawet narobiłam sobie złą opinię u kilku nauczycieli. Nawet wiele osób (na szczęście `ci, na których opinii mi nie zależało) chciało abym zrezygnowała z marzeń zostania lekarzem i proponowała abym zajęła się czymś mniej ’wybitnym’. Natomiast ja wiem, że wybrałam właściwą drogę w życiu kiedy w oczach mam łzy podczas wypowiadania się o zawodzie lekarza. Mam cichą nadzieję, że dostąpi mnie kiedyś zaszczyt posiadania własnej katedry i będę mogła się śmiać, gdy opowiadam moim uczniom, jak ciężko przychodziła mi nauka, a mimo to stoję przed nimi :). 

(Wybaczcie kulawe pisanie. jestem u znajomej na wieczorze filmowym i szalenie potrzebuję snu, ale musiałam to napisać żeby mi nie uleciało z głowy :P życzę wam udanego weekendu!)

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Libertas - fru, fru fru....

2010-09-03 16:43:58

W poprzednim poście zaliczyłam koszmarną rekrutację, zatem czas przejść do tematu wybywania z domu. Wiele osób bowiem opuszcza swoje rodzinne cztery kąty na rzecz akademiku, bądź samodzielnego mieszkania.  (Jedyną pomocą rodziców w tym powinno być ustalenie ile są w stanie nam pomagać finansowo w trakcie studiów, o ile w ogóle mogą)

Muszę przyznać, że idea szukania lokum na własną rękę była na początku ciut stresująca. Zaczynamy nowy rozdział życia, a wraz z nim potrzebny jest dach nad głową. Nie bardzo wiedziałam, gdzie zacząć.  Sięgnęłam po najlepiej znaną mi broń - Internet. Początkowo zalogowałam się na forum biolog.pl, gdzie znalazłam thread’a o odpowiadającym mi temacie i jako nOOb zamieściłam prośbę odnośnie studiów. Dostałam pm’a witającego mnie na pierwszym roku studiów i z adresem forum naszego rocznika na akademii medycznej. Muszę przyznać, że to był pierwszy krok ku sukcesie.  Rozkwitająca strona poruszała każdy potrzebny dla mnie temat łącznie z mieszkaniem. W post’cie pt. ‘biuro nieruchomości’ znalazłam dziewczyną, która podobnie jak ja szukała własnego kąta i niedługo jechała do Lublina, aby obejrzeć kilka ofert . Okazja idealna muszę przyznać, szczególnie jak się nie zna miasta (ponieważ samemu bywa ciężko na początku). 

Wspomnę tutaj, że w momencie odwiedzania naszego uniwersytetu po raz pierwszy, najlepiej jest rozejrzeć się w poszukiwaniu tablicy ogłoszeń. Mały fragment ściany z tablicą korkową może okazać się żyłą złota. W moim przypadku znalazłam mnóstwo ciekawych ofert oraz ogłoszenia o sprzedaż podręczników (im wcześniej się za nimi rozejrzymy tym lepiej).  W trakcie zwiedzania innych oddziałów należących do akademii np. anatomicum, znajdziemy wiele podobnych tablic (na ul. Chodżki w Lublinie jest ich aż trzy). Dobrze jest też samemu umieścić ogłoszenie typu: miły student pierwszego roku poszukuje mieszkania w okolicach ...... (przyznam, że ja szukałam czegoś jak najbliżej miejsca, gdzie będą odbywać się zajęcia. Moja mama wspomina, że jedną z najgorszych rzeczy w trakcie studiów było tracenie czasu na dojazdy między zajęciami, ponieważ w wolnej godzince dobrze było skoczyć do domu się zdrzemnąć, albo dodatkowo pouczyć.). Tego typu ogłoszenia można także umieszczać w internecie na stronach typu współlokator.pl. Po ogarnięciu wolno wiszących ogłoszeń, czas poszukać gazety z miejscowymi ogłoszeniami nieruchomości.

Jakiego dokładnie mamy szukać mieszkania? To zależy przede wszystkim od funduszy jakimi dysponujemy. Dobre mieszkanie powinno być ciepłe, umeblowana z lodówką i pralką oraz posiadać wszystkie media miejskie (prąd, ciepła woda, gaz). Mieszkanie o powierzchni ok. 50 metrów kwadratowych wynosi mniej więcej 1600 zł miesięcznie (górna cena) (przynajmniej w Lublinie).  Jeśli zaś szukamy jedynie pokoju do wynajmu, to skupiamy się na ofertach w granicach 400 złotych (ale należy również dzwonić do mieszkań i pytać się o wynajęcie pojedynczego pokoju, nawet jeśli w ofercie nie jest to wyszczególnione). Bardzo ważne jest pytanie właścicieli o dokładny metraż pokoju, wyposażenie i oświetlenie (czy jest on widny w dzień - przyda się). Dobrze jest też zapytać o okolicę - czy gdzieś w pobliżu jest spożywczak, przystanek autobusowy etc. oraz ile minut pieszo mamy do miejsca, gdzie będą odbywać się zajęcia. Jeśli wynajmujemy sam pokój trzeba również zapytać się o resztę lokatorów (płeć, zawód/kierunek studiów i rok, konfliktowość tych osób). Dobrze jest mieszkać z ludźmi, którzy pobierają takie samo kształcenie co my (nie dość, że lepiej jest się dogadać, to można sobie nawzajem dużo pomóc). Jak już upatrzyliśmy kilka ofert to czas się umówić na obejrzenie. NIGDY NIE ZGADZAJCIE SIĘ NA NIC PÓKI NIE ZOBACZYCIE TEGO NA WŁASNE OCZY! (to chyba oczywiste, ale... :>). Jak jedziemy do obcego miasta, umówmy się na obejrzenie 3-4 ofert w ciągu jednego dnia, zostawiając sobie czas na rozejrzenie się po okolicy. Popytajcie miejscowych ludzi o dzielnice, w której oglądacie mieszkanie (ale lepiej nie pytać tych, którzy ową dzielnicę zamieszkują - opinia może być mało obiektywna).

(PS. Jeśli opłaty licznikowe wynoszą więcej niż 100 złoty to coś jest nie halo. Jest wiele dusigroszy wśród właścicieli wystawiające swoje mieszkanie do wynajmu. Jednakże wypowiadam się tutaj mając doświadczenie jedynie z wynajmem mieszkania w Lublinie, więc mogę się oczywiście mylić).

Przy oglądaniu potencjalnego mieszkania, postarajmy się wyobrazić jak będzie wyglądać nasze spanie w nim, poranki w kuchni, nocne zakuwanie etc. Jeśli nie umiemy uczyć się wszędzie, skupmy się na miejscu, gdzie będzie to możliwe, najlepiej kącik z biurkiem albo stołem. Czy właściciel, chce jakąś formę kaucji bądź zaliczki (stać nas?) i ile wynosi czynsz za okres wakacyjny? Jesteśmy zainteresowani - czas wszcząć negocjacje. Chcemy płacić jak najmniej. Myślę, że z 100-200 zł możemy zbić z głównej ceny, pod pretekstem braku jakiegoś sprzętu/mebla albo cokolwiek innego przyjdzie nam do głowy (zawsze zgrywaj biednego studenta, który nie ma za dużo kasy, nawet jeśli mamusia i tatuś obdarzają was hojną gotówką - choć raczej studenci to biedne stworzenia, trzymające się każdego grosza).

Jeśli bardzo, bardzo jesteśmy zainteresowani obejrzanym lokum i spełnia on prawie wszystkie nasze wymagania  (a przynajmniej ważniejszą ich część), czas podpisać umowę przedwstępną. Nie zastanawiaj się długo, ponieważ ktoś inny może Ci zwinąć mieszkanie spod nosa (chętnych na pewno nie brakuje). Rzecz wygląda następująco : jeśli chcemy mieć pierwszeństwo do mieszkania, wpłacamy zaliczkę, spisując z właścicielem odpowiednią umowę (treść: wpłacenie zaliczki w wysokośi takiej i takiej jest równoznaczne z wynajęciem, bla bla bla; albo - do tej i tej daty będzie wpłacona kwota taka i tak na rzecz pana/pani X, jako zaliczka za wynajem mieszkania przy ul. M. Pamiętajmy Aby poprosić właściciela o dowód tożsamości i spisać jego dane na wszelki wypadek - oszustów nie brakuje). Następnie umawiamy się na odbiór kluczy i inne bzdety. W razie zrezygnowania z mieszkania musimy liczyć się z tym, że zaliczka przepada (ale jest możliwość indywidualnego dogadania się z właścicielem, jeśli jest na tyle miłą osobą).

Pamiętajmy - nie chcemy mieszkań głośnych, brudnych, śmierdzących, a nawet ciemnych. Te rzeczy zaczynają irytować na dłuższą metę, nawet jeśli założymy, że za tą kwotę/miejsce zniesiemy wszystko. Student medycyny jest bardzo często niewyspany i podirytowany, dlatego  jego próg wytrzymałości też maleje.

To by było na tyle w kwestii wynajmowania mieszkania z mojej strony. Muszę przyznać, że mi poszło bardzo gładko. Pierwszego dnia udało się znaleźć lokum (za pomocą osoby z forum) i spisać umowę przedwstępną, po której od razu dostałam kluczyki. Lublin wydaje mi się magiczny pod względem architektury, a także mieszkańców. Nawet nieszczęsne porwanie się moich butów między oglądaniem mieszkań, nie było tak straszne : ).

Moje mieszkanko wynosi 50 metrów kwadratowych i kosztuje 1400 zł miesięcznie. Jest pięknie wyremontowane, a właścicielka to super osóbka, która wsadziła mnie we własne auto i pokazała wszystkie najważniejsze miejsca (kliniki, sklepy, starówkę, dzielnice których należy unikać etc.). Mieszkanko podzielone jest na dwa mniejsze pokoje oraz salon + łazienka z wanną + kuchnia, w której jest lodówka, mikrofalówka i pralka. Mieści się ono jakieś 15 minut spacerkiem od uczelni (co jest w zasadzie największym minusem ponieważ niektórzy mają mieszkania dosłownie naprzeciwko anatomicum, gdzie odbywają się zajęcia z prosektorium).  Jedynym moim problemem jest znalezienie współlokatorki, co nie jest łatwe. Większość osób szuka mieszkania w minimum 3 osoby, aby zminimalizować koszty utrzymania (1600/3 = ok. 530 zł). U mnie wychodzi to 700 zł na głowę plus opłaty licznikowe (50-100zł) :/. Ech. Na szczęście jestem w na tyle komfortowej sytuacji, że rodzice nie zmielą mi głowy jeśli na początku będą płacić pełną sumę, póki nie znajdę osoby do mieszkania.... a przynajmniej mam taką nadzieję :P.

 

 

 

 

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 3 , zobacz komentarze

Rekrutacja - myślisz, że już są wakacje, a to jedna wielka ściema

2010-09-03 04:27:08

(dodam pokrótce, że przez następne 2-3 posty będę się rozwodzić nad tematami striktum informacyjnymi typu szukanie mieszkania, podręczniki etc. a dopiero od października zacznę zdawać dokładne relacje ze studiów wraz z moimi szalonymi przeżyciami :) )

Już wiem dlaczego maturzystom daje się prawie cztery miesiące laby po okrutnym sezonie na kasztany. Nie, to nie w ramach nagrody ani długo wyczekanego odpoczynku. Przynajmniej nie było tak w moim przypadku, bo to ma znacznie głębszy cel. Egzaminy skończyły się około 15 maja (maturka IB). Do początku czerwca w miarę chill. To był czas na całkowite odstresowanie i przyzwyczajenie się do faktu, że gdy zrywam się w środku nocy to mogę spokojnie wrócić spać zamiast panikować co trzeba jeszcze zrobić bądź powtórzyć (powstrzymanie koszmarów związanych z nie zdaniem matury potrwało trochę dłużej). W momencie kiedy osoba nareszcie przyzwyczaja się do słodkiej wolności, w głowie włącza się alarm...taki duży czerwony z wkurzającą syreną. Apeluje on o składaniu aplikacji na studia. Nie wiem jak reszta ludzi, ale było to dla mnie równie stresujące co egzamin ustny z języka polskiego. Cały proces wygląda mniej więcej następująco:

1. Już w czerwcu należy sprawdzić wszystkie daty rejestracji, wpisywania ocen itd. Rekrutacja na każdej uczelni, a nawet kierunku postępuje według indywidualnie ustalonych terminów. Niektóre wymagają rejestracji już na początku czerwca. (zalecam założenie oddzielnego zeszytu na rekrutację i poświęcenie każdej uczelni po 2 strony - a tam spisywać adresy, telefony, daty, numery konta etc.)

life is pain

2. Kiedy już wiemy co się dzieje i kiedy, patrzymy jak to działa z naszymi planami wakacyjnymi oraz datą wyników maturalnych (dla matury polskiej - 30 czerwca dla IB - 4 lipca). Ludziom z maturą międzynarodową współczuję...sama jestem taką ofiarą, która musiała zmagać się z dziadowskim przygotowaniem wielu uczelni do przyjęcia kandydatów z tym egzaminem. Albowiem wiele z nich np. AM w Olsztynie nie wzięło pod uwagę późniejszą datę wydania ocen w IB i zamykali możliwość wprowadzenia wyników dzień wcześniej. W takim przypadku należy uzbroić się w cierpliwość, telefon oraz długopis, a następnie wydzwaniać do tych kretynów z rekrutacji :). Ale zanim to nastąpi przecież przydałoby się zdobyć numery do działu rekrutacji. Zatem powodzenia. Spotkałam sie z nie jedną narzekającą panią, która nie chciała łaskawie mi podać właściwego numeru, gdyż mogłam to sobie sprawdzić w internecie (mimo mojego upierania się, że na ich stronie jest to nie możliwe do znalezienia). Wolałabym nie wnikać w to jak tragicznie skonstruowane jest internetowe źródło informacji w wydaniu uczelni (nie każdej, ale części). Tam trzeba momentami działać na intuicję. Kiedy zaś dotrzemy do celu, czyli rozmowy z osobą zajmującą się beznadziejnym przygotowaniem systemu rekrutacji, ponownie uzbrajamy się w cierpliwość (przydałaby się ekspresowa powłoczka anielskiej cierpliwości w aerozolu). Jeśli mamy szczęście trafimy na młodą osobą, która przyzna się do błędu i bierze na siebie indywidualną pomoc we wprowadzeniu wyników poza terminem (miałam szczęście trafić na dwie takie osoby). Jednakże to też nie jest takie sielankowe, albowiem na swoim przykładzie przytoczę, że w ramach jednej rekrutacji musiałam wykonać 5 telefonów w ciągu jednego poranka, gdyż spece od systemu nawalali rutynowo.

podsumowując - jeśli wszystko pójdzie gładko jak po maśle, to należy zarejestrować się w odpowiednim terminie, wpłacić (radzę jak najszybciej ponieważ system jest zdolny do późnego potwierdzenia wpłaty), wybrać kierunek, wpisać oceny i modlić się, aby nas przyjęto :). Dorzucę jeszcze komentarz do wypełniania danych. To wymaga końskich nerwów. IRK jest tak inteligentnie skonstruowane dla każdej uczelni, że należy dokonać serii kroków z wypełnianiem wielu danych zanim nie będziemy w stanie poprawnie złożyć aplikacji. Jedne uczelnie wymagają wpisania podstawowych danych o sobie i źródle utrzymania rodziny (przysięgam każda uczelnia miała inną listę. niektóre nawet prosiły o wykształcenie rodziców), inne domagały się wcześniejszego wyboru języka obcego (z podaniem oceny z świadectwa) albo wypełnienia ankiety o wyborze innych studiów. Męczarnia jakich mało, szczególnie dla osób, które aplikowały na więcej niż jeden kierunek i różne uczelnie. Lublin nawet wymagał wprowadzenie zdjęcia o (dla mnie) kosmicznych parametrach, których nie potrafiłam ustawić. Dopiero 30 minut przed terminem, kiedy sfrustrowana zalewałam się łzami przed ekranem dowiedziałam się, że można wysłać zdjęcie mailem do ich techników, którzy przyślą je spowrotem w wymaganym formacie (na stronie internetowej żadnej takiej informacji nie było. musiałam dzwonić osobiście gdy już panikowałam).

3. Kolejnym etapem równie ważnym pod kątem rygorystycznego pilnowania terminów, jest oczekiwanie na wyniki rekrutacji. Musimy uważnie ją śledzić, gdyż po przyjęciu należy szybko pojechać na wybraną uczelnię z pakunkiem dokumentów (znowu każda uczelnia wymaga co innego. lublin prosił nawet o kopertę ze znaczkiem oraz białą teczkę wiązaną) i zgłosić się po skierowanie do lekarza medycyny pracy. W przeciwnym przypadku zostajemy skreśleni z listy. Również, gdy pierwsza tura wyników nie ukaże nam naszej pozycji na liście, trzeba czekać na kolejną listę (której termin nie zawsze ogłaszają) i tak do momentu, aż się na niej nie znajdziemy, albo zakończy rekrutacja. Lekarza medycyny pracy trzeba równie szybko załatwić, co jest nie lada wyzwaniem bo w tym czasie wszyscy się do niego zgłaszają. Osobiście polecam tym osobom, które mają nadzieję na przyjęcie w kolejnych turach do innej uczelni, o załatwienie wszystkich zaświadczeń za jednym zamachem. Trzeba tylko ładnie się uśmiechnąć do lekarza i poprosić o kilka kartek więcej. Wam potrzebna będzie jedynie pełna nazwa uczelni, wydziału oraz kierunku. Skierowanie jest raczej mało potrzebne (przynajmniej tak było w moim przypadku, gdzie na jednym uzyskałam 5 zaświadczeń na zapas i mogłam sobie skierowanie później zabrać, ponieważ lekarzowi nie chciało się go trzymać).

Bardzo ważnym elementem przyjęcia na nasze studia jest przede wszystkim pojechanie na uczlenie, znalezienie siebie na liście i okrzyknięcia z całych sił YES!/ Tak! robiąc sobie kilka zdjęć przed wywieszoną listą :> włączając w to obdzwanianie znajomych i ogłaszanie terminu na oblewanie zwycięstwa :D

4. Po przyjęciu trzeba jeszcze poogarniać kilka drobnych, ale wyjątkowo ważnych szczegółów. Przede wszystkim należy dowiedzieć się kiedy trzeba opłacić legitymację studencką oraz jakiekolwiek inne rzeczy. To też może nam zafundować jednokierunkową wycieczkę za drzwi uczelni, gdy nie dotrzymamy terminów. Możemy także dowiedzieć się o organizowanych adapciakach (wyjazd integracyjny - muszę powiedzieć, że UJ ma chyba najlepszy, a w Lublinie go ni ma :< łeeeee).

Na tym mniej więcej kończy się koszmarna rekrutacja, której trzeba pilnować jak dziecka w pobliżu ostrych narzędzi. Chuchać, dmuchać i zachować spokój.

Sama rekrutacja wyjęła mi kilka ładnych dni z grafiku i przepełniła nienawiścią do systemu polskiego :). Może dla osób, które składały na jedną uczelnię nie sprawiało to kłopotów, ale mnie przyprawiło o drgawki. Ciężko jest bowiem zorganizować sobie spokojnie czas, gdy trzeba wszystkiego tak pilnować. W moim przypadku samo wejście na stronę uczelni, potrafiło rozbić cały dzień. Zapewne miałam jeszcze podrasowane nerwy po maturze :). Nie obyło się jednak bez łez, gdy ominął mnie jakiś termin bądź nie zrozumiałam systemu uzupełniania danych (myślałam, że na każdej uczelni wpierw jest rejestrajca, wybór kierunku i dopiero wpisywanie ocen...tak pożegnałam się z pieniędzmi i możliwością dostania się na UW oraz politechnikę - koło ratunkowa na wypadek, gdyby medycyna nie wypaliła).

Poza tym uprzedzam, że wszystkich tych kroków potencjalny student musi DOKONAĆ SAM. Jeśli ktoś uważa, że pojedzie sobie na miesiąc do Włoch i odda obowiązek w ręce rodziców to się grubo myli. Rodzic może się pomylić to raz, a dwa to jest nasz obowiązek, tylko i wyłącznie. Uważam rekrutację jako pewien rytuał potrzebny do przejścia w dorosłe życie :> (tak jakby).

Zatem należy pamiętać o dokładnym przeczytaniu terminarza rekrutacyjnego oraz regulaminu i dalej skrupulatnego śledzenia wydarzeń na swoim koncie IRK wraz z komunimatami na stronie głównej uczelni dla składających aplikacje. Trzeba przygotować sie na wyłapywanie każdego haczyka (któraś uczelnia chciała abym wysłała im przedwcześnie podpisany regulamin - dostępny na ich stronie albo naszym koncie, a inna podpisanie oświadczenia o warunkowym dopuszczeniu zanim nie dostarczę wszystkich dokumentów).

 

Jakbym popełniła błąd to proszę o poprawienie mnie :) we are only human after all.

 

 

ps. Muszę przyznać, że zrobiło mi się wyjątkowo ciepło na sercu kiedy ujrzałam pierwsze komentarze oraz zainteresowanie z waszej strony :). Cały mój dzień automatycznie odwrócił się o 180 stopni. Dziękuję!

 

 

 

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 4 , zobacz komentarze

Imo corde te saluto!

2010-09-02 05:19:47

Zawsze zadawano mi pytanie dlaczego chciałabym zostać lekarzem. Pochodzę z rodziny lekarzy, więc może pomysł ten został podświadomie wszczepiony we mnie już od najmłodszych lat. Jednakże do dziś twierdzę, że jest to w pewnym sensie moje ’powołanie’. Być może nie zabrzmi to dość oryginalnie, ale odkąd pamiętam, niesienie bezwarunkowej pomocy bliźniemu sprawiało mi niezmierną satysfakcje podobną do zjedzienia tabliczki mlecznej czekolady. W wieku ośmiu lat rzeczowo oznajmiłam, siedząc u mamy na kolanach, że wynajdę lek na nowotwory. Był to moment, w którym dowiedziałam się o śmierci mojej mamy chrzestnej na raka piersi.  Później poprosiłam o swój pierwszy mikroskop i z zaciekłością obserwowałam żyłki w liściach domowych roślin oraz martwe owady, znajdywane prawie wszędzie. Był nawet moment kiedy chciałam dokonać autopsji żaby, ale podejrzewam ingerencję starszej siostry w moich niecnych młodzieńczych planach. Bliskich znajomych starałam się zawsze otoczyć matczyną opieką oraz jako pierwsza biegłam z opatrunkiem, gdy ktoś był ranny, ale również niezmiernie intrygowało mnie działanie niemalże wszystkiego, łącznie z ludzkim ciałem. Chociaż same lekcje biologii bądź chemii w szkole nie przypadły mi zbytnio do gustu (wręcz momentami powodowały obrzydzenie - głównie z winy nauczycieli), lubiłam zdobywać wiedzę, która zbliżała mnie do mojego dziecięcego marzenia. Muszę przyznać, że byłam wyjatkowo dociekliwym stworzeniem(ale zarazem niedowierzącym - kiedyś upierałam się, że czerwone krwinki ze zdjęcia to tak naprawdę morele, a ojciec pediatra robi mnie w bambuko twierdząc inaczej :> ).

Tak oto moje wysiłki i dążenia do zdobywania wiedzy, umożliwiły mi dostanie się w tym roku na wydział lekarski Collegium Medicum w Lublinie.

Ten blog jest nie tyle zadedykowany ludziom (zapewne przyszłym studentom) zainteresowanym perypetiami na wydziale lekarskim co również moim znajomym, którym obiecałam zdawać szczegółowe relacje z m.in. prosektorium :).

Chciałabym również poświęcić ten blog wszystkim niezbędnym i ciekawym informacjom jakie zdobyłam na swojej drodze kształcenia medycznego. Jest to wiedza zaczęrpnieta od kuzynów oraz znajomych ze starszych roczników uczących się na tym samym kierunku, a także zaprzyjaźnionych lekarzy.

Pozdrawiam i życzę przyjemnej lektury, a zarazem ostrzegam przed dużą dawką narzekania. Cóż, masochiści muszą czasem się gdzieś wyładować emocjonalnie. :>

 

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 4 , zobacz komentarze