To przecież norma, że kiedy dyrektor wylatuje z jednego szpitala, kolesie załatwiają mu posadkę w innym. Szpitalami w Polsce nie zarządzają specjaliści tylko "wsady partyjne" i dlatego sytuacja w służbie zdrowia wygląda tak, jak wygląda - komentujer jeden z czytelników "Gazety Wyborczej".
Instytut Reumatologii (IR) w Warszawie to jeden z 16 specjalistycznych instytutów naukowych, które mają prowadzić prace badawcze i jednocześnie leczyć na najwyższym poziomie. Powinny wyznaczać standardy terapii, szkolić lekarzy, publikować. Wzorcowo działa np. Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. IR takich sukcesów brak.
Za gigantyczne długi - 44 mln zł przy rocznym budżecie 35 mln zł - ministerstwo odwołało 1 sierpnia 2010 r. szefa Instytutu prof. Sławomira Maślińskiego. Jego miejsce zajął dr Andrzej Włodarczyk. Najpierw był kierownikiem Instytutu. W grudniu został jego dyrektorem wyłonionym w konkursie.
Nie spodobało się to pracownikom IR, bo Włodarczyk nie jest reumatologiem, tylko chirurgiem. - Żaden z dyrektorów nie jest teraz reumatologiem. Wicedyrektor ds. klinicznych prof. Jerzy Stelmachów to ginekolog. Przecież jesteśmy ośrodkiem naukowo-badawczym pierwszego stopnia, reumatologicznym! - oburza się prof. Stanisław Luft, członek rady naukowej Instytutu.
Drugi wicedyrektor - prof. Bolesław Samoliński - to alergolog.
Dyrekcja IR odpowiada: "dyrektorzy nie muszą być reumatologami, wystarczy, że znają się na zarządzaniu".
Głównie na zarządzaniu czasem. Bo prof. Samoliński jednocześnie prowadzi zakład alergologii i immunologii w szpitalu klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie. A prof. Stelmachów jest również szefem oddziału ginekologiczno-położniczego w szpitalu na warszawskim Bródnie. Zapewnia, że tylko do września, a teraz odbiera na Bródnie urlop.
Podwójne etaty wicedyrektorów miały mniejsze znaczenie, dopóki w IR był główny szef. Ale w styczniu Włodarczyk został niespodziewanie wiceministrem zdrowia (zastąpił Marka Twardowskiego). Już raz pełnił tę funkcję: przez pół roku na początku rządów Ewy Kopacz. Wtedy odszedł - jak podawano - z przyczyn zdrowotnych.
Włodarczyk jednak z etatu w IR nie zrezygnował, wziął bezpłatny urlop. To samo zrobił w kwietniu jego zastępca prof. Samoliński. Instytutem zarządza teraz tylko prof. Stelmachów. - Ma na głowie sprawy bieżące, kliniczne, naukowe i restrukturyzację. A bywa w Instytucie średnio cztery godziny dziennie! - twierdzą pracownicy. Mówią, że przez miesiąc monitorowali, kiedy szef się pojawia i kiedy wychodzi.
Praca na kilku etatach jest zdaniem szefów szpitala dopuszczalna. - Była. Bo zmieniony 9 marca statut Instytutu już tego zabrania - informuje prof. Luft.
Nikt jednak nie poskarży się do Ministerstwa Zdrowia, któremu podlega Instytut. Bo resort nadzór nad uczelniami medycznymi i instytutami powierzył wiceministrowi Włodarczykowi. Co Włodarczyk zdążył zrobić w IR, zanim odszedł do ministerstwa?
Przyjrzał się jego działalności. I ocenił ją źle. Zarządził audyt, po którym zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstw niegospodarności przez swoich poprzedników. Postępowanie trwa.
Włodarczyk napisał też program naprawczy, który zaakceptowało ministerstwo. Proponował m.in. zawieszenie działalności Kliniki Rehabilitacji w Konstancinie, a także "zredukowanie wydatków na badania zewnętrzne, badania laboratoryjne i obrazowe". Instytut wziął 9 mln zł kredytu w banku i zaczął negocjować z wierzycielami rozłożenie długów na raty, m.in. z ZUS-em. Nowy szef zapowiedział też zwolnienia grupowe. Napisał do związków zawodowych w IR, że musi odejść 150 osób z prawie 500 zatrudnionych. Na razie - licząc od czerwca 2010 r. - odeszły 44.
W październiku wypowiedzenie dostała dr Bożena Moskalewicz, szefowa Zakładu Promocji Zdrowia i Epidemiologii Chorób Reumatycznych. Powód? Utrata zaufania kierownictwa, złe wyniki finansowe, marne osiągnięcia naukowe i brak pomysłu na rozwój zakładu.
O tym odejściu wciąż w Instytucie głośno. Bo Moskalewicz po rozmowie z Włodarczykiem powiedziała kolegom, że została obrażona. - Usłyszałam od dyrektora: "Pani jest jak stary zakurzony zegar, może gdzieś jeszcze pani pochodzi". A także: "Można wycofać zwolnienie i zarzuty, jeżeli natychmiast napisze pani prośbę o rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron". Zarzuty dyrektora są do obalenia - twierdzi Moskalewicz. - Cały instytut, kliniki i zakłady są oceniane przez Komitet Badań Naukowych. Mój zakład otrzymał 140 punktów, a minimum to 100. Walczę o odszkodowanie za bezprawne zwolnienie. Pierwsza rozprawa już była - mówi Moskalewicz.
Oprócz Moskalewicz jeszcze trójka byłych pracowników złożyła pozwy do sądu pracy.
Związkowcy (w tekście są anonimowi, bo - jak mówią - boją się utraty pracy)
uważają, że Włodarczyk łamał prawo pracy. I podają przykład.
- Koleżanka, która jest społecznym inspektorem pracy, czyli jest prawnie chroniona przed zwolnieniem, miała być zwolniona. Obroniliśmy ją. Ale została przeniesiona z działu zamówień publicznych do rejestracji w zakładzie radiologii. Ona - długoletni fachowiec - mówi pracownicy IR. Na dowód pokazują pismo od Włodarczyka.
- Już sama próba zwolnienia społecznego inspektora pracy jest niezgodna z prawem - potwierdza Katarzyna Pietruszyńska, prawniczka z Państwowej Inspekcji Pracy. Ale dodaje, że zmienić warunki pracy i płacy można.
Zwolnienia grupowe objęły kilkanaście osób z likwidowanej kuchni i oddziału rehabilitacji w Konstancinie. Dostali odprawy. Jednak, choć tak nakazują przepisy, nie poinformowano o zwolnieniach grupowych urzędu pracy. - Nie grozi za to żadna sankcja, ale takie wypowiedzenie sąd mógłby uznać za niezgodne z przepisami - ocenia Pietruszyńska.
To co dalej z tymi grupowymi zwolnieniami? - pytają pracownicy.
Prof. Stelmachów przekonywał "Gazetę", że Instytutu nie było na nie stać. Jak w takim razie rozumieć pismo dyrektor do zawiązków zawodowych zapowiadające duże zwolnienia grupowe? Stelmachów stwierdził, że "nie było zbyt zręczne".
- Podobnie jak sprawa pożyczki - kpią pracownicy IR.
Po dwóch miesiącach od przejęcia obowiązków dyrektora Instytutu wystąpił do komisji socjalnej o pożyczkę mieszkaniową - 14 tys. zł. - Pieniądze dostał, choć nie przepracował w Instytucie roku i nie miał wtedy umowy o pracę na czas nieokreślony. Komisja dla dyrektora złamała zasady - mówią pracownicy. - A kiedy przeszedł na ministerialny etat, wysłał do komisji socjalnej wniosek o wstrzymanie spłaty pożyczki. Raty to ok. 400 zł miesięcznie.
Od kilkunastu dni PIP prowadzi kontrolę w Instytucie.
* Wiceminister Andrzej Włodarczyk nie autoryzował rozmowy z "Gazetą". Potem nie odpowiedział na żadne z 16 wysłanych mu pytań.
Źródło: Gazeta Wyborcza - Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
Więcej... http://wyborcza.pl/1,75478,9526291,Minister_nadzoruje_siebie.html

Wyślij znajomym powiadomienie
o nowej stronie:
Wybierz formę, która najbardziej Tobie odpowiada:




Dodawanie komentarza