Trójka ze Szpitala Powiatowego w Trzebnicy: anestezjolog – Katarzyna Ambroziak, chirurg – Adam Domanasiewicz oraz Maria Pawlus, pielęgniarka-instrumentariuszka już drugi tydzień, leczą, operują i szkolą miejscowy personel medyczny w Szpitalu Św. Ducha w Makeni w Sierra Leone. Kierownik ekipy, dr Domanasiewicz, drogą mailową poinformował nas o tym, co dokładnie ona czyni, w jakich warunkach żyje i pracuje. Oto fragmenty tej korespondencji.
Względność pojęć
W Afryce czas jest pojęciem abstrakcyjnym. Zaraz oznacza: kiedyś w przyszłości. Natychmiast – to znaczy za godzinę może więcej. OK i yes Sir oznacza intencję zrobienia czegoś, ale niekoniecznie tu i teraz.
Ludzie są tu pogodni i przyjaźni. Dzień upływa im na wielokrotnym pozdrawianiu i witaniu tej samej osoby, czyli nas z autentyczną – za każdym razem, nawet dziesiątym – serdecznością. Większość pacjentów jest niepiśmienna więc podpisuje się odbijając odcisk kciuka. Wiek i datę urazu podają w przybliżeniu kilku lat. Wielu nazywa się tak samo, np. Kamara i jako adres podaje skrzyżowanie dróg z skądś dokądś. Do pacjentów na kontrolę jeździmy terenówką i pokazujemy ich zdjęcia miejscowym, aby ich odnaleźć, bo po podanym adresie, raczej do nich nie trafilibyśmy...
Pod włoską jurysdykcją
Personel mamy pod stałą kontrolą, bowiem „sterylność” oznacza dla niego dokładne wyszorowanie wszystkiego tą samą szmatą, z tego samego wiadra i tą samą brudną wodą... W dowolnej kolejności, na przykład, zakrwawiona podłoga, toaleta, stół operacyjny!
Ogólnie ludzie tutaj są fatalistami, co los zrządzi, to będzie. Pacjenci przychodzący na konsultacje są ekstremalnie zaniedbani. To najczęściej ofiary powikłań pierwotnego leczenia często przez szamanów; nota bene zrzeszonych i certyfikowanych. Jednak tutejsza medycyna ludowa nie radzi sobie z traumatologią. Widzimy tu codziennie takie przypadki, jakie w Europie można zobaczyć w podręcznikach i to tych starszych!
Warunki bytowe mamy, dzięki Włochom, bardzo przyzwoite: kuchnia włoska, życie kolonialne, wieczorem drink z mango, świeży ananas lub papaja i mnóstwo past lub spaghetti oraz wino. Nasz odział jest pod włoską jurysdykcją, więc jest porządek. W innych – już według tutejszych zwyczajów. Brud i smród, jak to się mówi... Pielęgniarki – przemieszczają się dostojnie i z powagą, głównie nic nie robiące – można znaleźć... w łóżkach pacjentów. Nasi gospodarze twierdzą, że było gorzej, np. przez klika dni permanentnie nie było wody lub prąd podawali przez dwie godziny dziennie. Teraz czekają z wyłączeniem generatorów, aż skończymy operacje...
Wszystko płynie powoli w miłej atmosferze ciągle uśmiechniętych tubylców: Ok Sir, yes Sir, itd. Nasza praca jest tu ceniona, o czym mogliśmy się przekonać, kiedy zatrzymała nas policja. Wówczas nasz miejscowy kierowca mało nie pobił milicjantów, którzy chcieli zobaczyć paszporty. A dyrektor szpitala z pełną rewerencją zrobił zebranie całego szpitala, by nas przedstawić. Odwiedził nas biskup i zaprosił na kolację...
* * *
Już niebawem w domu
Polacy są piątą zmianą włoskiej misji medyczno-humanitarnej. Sierra Leone jest jednym z najbiedniejszych państw Afryki. Z drugiej strony jest też jednym z największych eksporterów diamentów jubilerskich. Nasi do Szpitala Powiatowego im. św. Jadwigi wracają 9 lutego.

Wyślij znajomym powiadomienie
o nowej stronie:
Wybierz formę, która najbardziej Tobie odpowiada:




Dodawanie komentarza