U(bez)pieczone leczenie

2013-08-21 16:33:22


Jest taki kraj po drugiej stronie Ziemi, gdzie pacjent przyjmowany do szpitala musi przede wszystkim podpisać oświadczenie, że nie będzie wnosił żadnych roszczeń w związku z przeprowadzonym leczeniem. Szpital państwowy i leczy bezpłatnie pacjentów ubezpieczonych. Pacjent nie otrzymuje wszystkiego natychmiast, też obowiązują kolejki. W 1989 roku na operację serca z powodu choroby wieńcowej trzeba było czekać pół roku. Ta sama operacja , w tym samym szpitalu, wykonana przez tych samych specjalistów mogła być wykonana za kilka dni – o ile pacjent by za to zapłacił. Nikt się temu nie dziwił i nie dziwi - obywatele uważali to za rzecz naturalną. W Polsce w tym czasie na taką operację się nie czekało, bo były one wykonywane sporadycznie i „zwykły” pacjent miał na takie leczenie niewielkie szanse. W tamtym kraju społeczne pieniądze wydaje się tylko na leczenie nie na odszkodowania. Kto chce może się ubezpieczyć samodzielnie i zapłacić składkę
Leczenie czyli co?
W powszechnym mniemaniu leczenie to lekarstwa, zabiegi z użyciem drogiego sprzętu, no może jeszcze rehabilitacja. Jednak najlepsze i najdroższe urządzenia są bezużyteczne jeśli brakuje wykształconego i doświadczonego, a także dobrze zmotywowanego personelu lekarzy, pielęgniarek, techników, laborantów. Nakazy, kary przymus w jakiejkolwiek formie nie przynosi efektów. Szpital to skomplikowane urządzenie gdzie każdy element ma znaczenie na ostateczny efekt leczniczy. Leczenie to przede wszystkim praca innych ludzi dlatego właśnie koszty pracy personelu stanowią główną pozycję w budżecie szpitali. Znaczenie ma wszystko i leczenie ( szeroko pojęte) i utrzymanie czystości, i właściwe żywienie chorych. Próby stworzenie szpitali samoobsługowych, jakie ostatnio mają miejsce – aby oszczędzać- nie rokują sukcesu.
Leczyć skutecznie.
Autor „Love story” Erich Segal napisał książkę,  pod tytułem „Doktorzy”która też stała się bestsellerem. Książka opowiada o życiu i losach kilkorga studentów medycyny w Ameryce. Na początku książki autor opisuje następującą scenę: pierwszy wykład, sala szczelnie wypełniona nowo „upieczonymi” studentami medycyny, Do sali wchodzi profesor i bez słowa pisze na tablicy dużymi literami liczbę 26. Studenci milką. Profesor wyjaśnia: „ Dwadzieścia sześć – tyle i tylko tyle chorób jesteśmy w stanie wyleczyć- reszta to schorzenia przewlekłe i nieuleczalne. Zapamiętajcie to sobie”.
Jeżeli przyjąć, że fikcja literacka opierała się jednak na jakiś realnych podstawach, to od czasu wydania książki ( 1988) wiele się zmieniło. W medycynie dokonał się ogromny postęp i na pewno ilość chorób, które mogą być wyleczone jest znacznie większa, jednak nadal przygniatającą większość stanowią choroby przewlekłe, postępujące, stopniowo pogarszające sprawność organizmu - aż do nieuchronnej dla każdego- śmierci. Powszechna opinia, że każdą chorobę można wyleczyć tylko trzeba ją odpowiednio wcześnie wykryć i leczyć właściwie jest tylko częściowo prawdziwa. Gdyby to była prawda i każdą chorobę można by rzeczywiście wyleczyć, to bogaci ludzie „Zachodu” żyliby wiecznie. Stać ich przecież na wszelkie najnowocześniejsze badania i najlepsze leczenie. Z drugiej strony wiadomo, że jednak leczenie od wczesnych stadiów choroby często daje dłuższe przeżycie, choć, niestety, nie zawsze. 
Leczyć bezpiecznie
Leczenie, zwłaszcza leczenie zabiegowe, obarczone było i jest ryzykiem niepowodzenia, a nawet tragicznych powikłań ze śmiercią pacjenta włącznie. Napawający nadzieją postęp medycyny niesie ze sobą nowe zagrożenia. Lekarze próbują leczyć ciężko chorych pacjentów, przypadki, które kiedyś traktowano jako beznadziejne. Takie sytuacje rodzą ryzyko powikłań. Starzejemy się, a leczenie starych ludzi jest trudne i nie zawsze jest skuteczne. Wraz z rozwojem nowych technik leczenia i sposobów walki z chorobami postępuje też rozwój wiedzy o unikaniu nieoczekiwanych zdarzeń w medycynie. Organizm ludzki to skomplikowana maszyneria tym trudniejsza „ w obsłudze”, że bardzo indywidualna – każdy z nas jest inny. Inny w reagowaniu na leki, w reagowaniu na stosowane zabiegi i operacje. Nie sposób przewidzieć wszystkich reakcji organizmu, nie sposób zapobiec niechcianym wydarzeniom. Nie można też wykluczyć pomyłki ludzkiej – tam gdzie są i działają ludzie tam zawsze będą błędy „ błądzić jest rzeczą ludzką”. Oczekiwanie od personelu medycznego postępowania bezbłędnego jest nierealne.
Zważywszy to wszystko razem trzeba przyznać, że leczenie obok choroby samej w sobie, stanowi dodatkowe zagrożenie: operacja może przynieść tragiczny skutek, a zastosowany lek – zaszkodzić. Nic dziwnego, że słuszne jest ubezpieczenie się od nieoczekiwanych negatywnych skutków leczenia, tak jak od samej choroby. Podstawowe pytanie brzmi: Kto powinien się ubezpieczyć od nieoczekiwanych skutków podjętego leczenia? Czy pacjent jak w opisywanym przykładzie z odległego kraju, czy szpital i lekarz ?
Czy leczyć ubezpieczeniowo ?
 Po okresie przemian ustrojowych wybrano w Polsce model zachodnio – amerykański. Ubezpieczyć się musi podmiot leczniczy, czyli instytucja lecząca lub lekarz prowadzący leczenie. Oczywiście takie ubezpieczenie kosztuje. Im więcej pacjentów leczonych - tym więcej powikłań i tym więcej wypłaconych odszkodowań. Skąd szpital bierze pieniądze na odszkodowania i ubezpieczenia? Ano z tego samego worka co na leczenie. Innych pieniędzy ( przychodów) szpitale zasadniczo nie mają, a jeśli nawet coś mają, na przykład z dzierżawy parkingu, są to grosze w ich budżecie.  Tu koło się zamyka -wzrost odszkodowań oznacza mniej pieniędzy na leczenie. Mniej pieniędzy na leczenie – to gorsza jakość leczenia – a więcej powikłań i tak dalej do upadku szpitala. Pytanie gdzie będą się leczyć pacjenci, choćby z odszkodowaniem w garści, jeśli szpital upadnie -  pozostaje na razie bez odpowiedzi.
Złotonośne ubezpieczenia
Warto zaznaczyć, że firmy ubezpieczeniowe to najczęściej spółki akcyjne, które w imieniu swoich właścicieli – akcjonariuszy mają obowiązek dbać o jak największy zysk. Zysk, który w tym przypadku jest różnicą pomiędzy wpłaconymi składkami ubezpieczonych a wypłaconym odszkodowaniem. Nic dziwnego, ze firmy ubezpieczeniowe starają się wypłacać jak najmniejsze odszkodowania i pobierać jak największe składki. W tym celu zatrudniają rzesze prawników, którzy, za sowitą opłatą, walczą w sądach o obniżenie odszkodowań. Z drugiej strony poszkodowani pacjenci starają się uzyskać jak największe odszkodowanie i w tym celu zatrudniają, płacąc duże pieniądze – innych prawników. Całe kancelarie prawnicze w Stanach Zjednoczonych trudnią się wydzieraniem w sądach odszkodowań za niepomyślny przebieg leczenia. Oferta skierowana do pacjentów po leczeniu jest korzystna: „zaskarżymy w twoim imieniu szpital jak przegramy nie płacisz nam nic – jak wygramy to dzielimy się po połowie”. Ogromna rzeka amerykańskich pieniędzy dzieli się na dwie odnogi – jedną, która zasila lecznictwo i drugą, która trafia w ręce prawników i firm ubezpieczeniowych, resztki z tej drugiej trafiają do pacjentów. Gołym okiem widać, że coraz więcej pieniędzy idzie na prawników i ubezpieczenia a coraz mniej na leczenie. Ostatnio prezydent Obama również się wypowiedział na ten temat że: „trzeba coś z tym zrobić” ale wiadomo, że nie zrobi nic, bo cały ten „młyn” to ogromny biznes i odpowiedni lobbyści zadbają, żeby interes się nadal kręcił.
Dla niedofinansowanej od zawsze ochrony zdrowia ubezpieczenia nie są rozwiązaniem. Stawki ubezpieczeniowe jakie maja płacić szpitale są dla nich nie do udźwignięcia i tylko przyspieszają ich upadek. W czasach socjalizmu roszczenia z powodu niepowodzeń w leczeniu czy powikłań nie były „modne” ani pewnie możliwe. Pacjenci z powikłaniami po leczeniu  tak jak wtedy taki i obecnie leczeni są na mocy posiadanego ubezpieczenia. Od czasu przemian ustrojowych ilość odszkodowań lawinowo rośnie, a w związku z tym spadają możliwości leczenia. Trudno się dziwić - skoro są takie możliwości. Przypomina to jednak połykanie własnego ogona.




Komentarze: 0

Nie dodano komentarzy.

Dodawanie komentarza