Zakręcona - pokręcona
2009-03-04 00:01:39
No to mnie pokręciło. Okazuje się, że lekarz też pacjent ;-). Zawsze jak potrzebuję pomocy lekarskiej, to zastanawiam się, dlaczego jestem traktowana inaczej, gdy w trakcie wywiadu wyjdzie, że jestem jakby "koleżanką po fachu". Nigdy nie trąbie o tym gdzie pracuję i kim jestem. Przecież pacjent to pacjent. Ale nieraz zdarzało mi się usłyszeć tekst - "to czemu pani nie mówiła wcześniej?". Ostatnim razem wysłuchałam, że wykonanie badań nie jest mi zupełnie potrzebne. A potem koledze było trochę głupio, jak mu powiedziałam konkretnie dlaczego chę je wykonać. Ostatnio robię takie malutkie teściki - jak idę na wizytę, to obserwuję sobie danego medyka. I mam wrażenie, że niewielu lekarzy zastanawia się nad tym, co robią. Pacjent jest traktowany machinalnie, jak rzecz, intruz, który wdziera się do gabinetu i zabiera czas. Koledzy, gdzie wasza pasja, iskierka dedukcji, zainteresowania i ciekawości!? To zatrważające, jak mało czasu poświęca się na zdiagnozowanie, co temu pacjentowi faktycznie jest. Ja osobiście nie potrafiłam przyjąć pacjenta w 10 minut. I dlatego byłam nierzadko obiektem żartów. Ale moi pacjenci nigdy nie opuszczali wizyt, zwykle dzwonili, żeby ją odwołać, jeśli nie mogli przyjść. Ot, co znaczy edukacja. Pacjent wyedukowany to pacjent szybciej powracający do zdrowia. Ale trzeba mu poświęcić więcej czasu... Fakt - ja też traciłam niejednokrotnie cierpliwość. Pamiętam jeden dyżur, gdy kolejka pacjentów wrzała na poczekalni, a ja podjęłam decyzję o przyjęciu bez kolejki pani na wózku inwalidzkim. Skończyło się wezwaniem ochrony i wyprowadzeniem kilku pacjentów, którzy prawie zlinczowali tą kobietę argumentując, że "ta pani choć nie chodzi, to zęby bolą ją tak samo". Zdarzył mi się również brak zrozumienia w momencie, gdy zaraz zgłoszeniu się, przyjęłam poza kolejnością pacjenta z krwotokiem. Rozwaliło mnie, gdy usłyszałam z poczekalni, że "ja tu już siedzę 2 godziny". Krwotok, to ktwotok. Trudno wytłumaczyć to komuś, kto traktuje cię jak robola, który ma natychmiast uleczyć. Bo to się należy. Sory - byłam sama. 4 fotele (i praca na 4), a jeden lekarz na dyżurze. Było nas tylko kilka osób, które zgadzały sie pracować w tym syfie i to jeszcze w nocy i święta. Na NFZ. Totalna porażka. Ale wreszcie sprawa padła - umarła śmiercią naturalną. Pacjenci narzekali na nas - a teraz mają w tym pięknym mieście wojewódzkim do dyspozycji raptem 2 przychodnie, które zpewniają nocną pomoc w razie bólu zęba - i to prywatnie. Jedna jest na NFZ, ale tam to jest dopiero organizacja pracy ;-). I jaki z tego morał? Jak nie będziemy się szanować nawzajem - lekarze i pacjenci, to do kitu to wszystko będzie. Czemu tak jest, że obie strony tego nie rozumieją?
I tym refleksyjnym akcentem - dobrej nocki.
