Kosa, brat Pingwina

2009-11-08 01:31:43

Mało kogo spotykam ostatnio. Jakoś tak... No, jednym słowem, przestałem się udzielać. Trochę przez wiek, trochę przez tę zadnią łapę, bo mi dokucza, gdy mokro. W każdym razie informacje dochodzą z opóźnieniem.

Wlokłem się po cmentarzu. Nawet mi szło, bo przestałem udawać zucha i zabrałem laskę. Pomaga. Zebrało się przez ten czas kilka grobów. Rodzice. Żona. Znajomi.

Zupełnie przypadkiem potknąłem się o Cyka.

Nigdyśmy się nie kochali, bo to przystojniak, farciarz i kawał dziada. W Szkole też go każda fala niosła, i niejeden przez niego zapłakał... Swołocz, jednym slowem. Ale endoskopista pierwsza klasa. Rękę ma, i nosa klinicznego jak cholera.

Pyzę ucieszył na mój widok, aż się zdziwiłem. Ale zaraz zgasł. Chodź, powiada, ze mną na nowy kwartał. Wypada Kolegę z roku pożegnać, bo go niedawno zza rzeczki przywieźli. Nie pytałem, kogo. Poszliśmy milcząc...

Stanąłem nad grobem Kosy i mało mnie nie zalało. Bad blood flooded, mawiają Angole. Nawet nie wiedziałem, że był za rzeczką...

Jak?-pytam Cyka. Ano, prawie na wlasne życzenie, powiada. Siedział w jakiejś bazie koło Dżalalabadu, i już ją zwijali. Zostały posterunki, rzut kwatermistrzowski, i Kosa z zespołem jako patrol zabiegowy. Przybiegł pusztun zza górki, prosił o pomoc przy rodzącej żonie. Kosa z wykształcenia był gineksem, i ślepia mu się zaświeciły, że w końcu zrobi coś swojego. Ile w końcu można łatać poharatanych chłopów i leczyć grzybice? Koń by się znudził... Skrzyknął paczkę i pojechali, z przyszłym tatą jako przewodnikiem. I wstali po drodze na talibskiej minie. Pewno na tej włoskiej porcelanie... Trudno wykrywalne i konkretne. Nie zostawiają złudzeń, jak ten szajs domowej roboty. W każdym razie z wozu i ludzi znaleźli uczciwy kiszkałdak. Bez szans... 

Tam, na miejscu Kitaj ubierał Kosę do trumny. Znali się, jeszcze ze Szkoły. Nawet się później nie schlał podobno. Nic dziwnego. Zawsze miał nerwy jak sznurki.

Kosa... Mieszkaliśmy razem 3 lata w Szkole. Razem nas promowali. Wielokrotnie krzyżowały się nasze zawodowe drogi. Kilkakrotnie służbowe. Normalny facet. I urodzić porządnie potrafił, i w cytologii bubli nie puszczał. Skakaliśmy razem na paru zgrupowaniach, to i wiem, że spadochron też ładnie otwierał.

Jak parę lat temu pochował brata, obiecywał, że będzie uważał na zakrętach. Niby żaden powód, Pingwin tak normalnie, po obywatelsku przeszedł na tamtą stronę lustra. Po prostu w pewne kwietniowe popołudnie nie zastartowało mu serce, i cześć. Powiadają, normalne u chirurga... Zwłaszcza po naszej zawodówce. Bo Pingwin też "z naszych".

Wrednie się poczułem. Niby to nie pierwszy z naszej paczki, biorą już z półki garścią i pogodzić się trzeba, ale... Jakoś tak...

Zabierałem się do tego, jak pies do jeża. Niesporo wyszło, ale pozwoliliście mi, to już niech idzie tak, jak jest. Może byłoby lepiej, ale nas tu wszystkich wk...ła taka jedna, i udzieliło mi się...

 

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Refleksje pocmentarne

2009-11-04 23:13:51

Tylko dlatego, że wpis jest dziełem impulsu, chwili - tytuł jest taki, nie inny. Jak Was wszystkich trochę znam, zajrzycie. Stawiam więc pytanie: czy to jest miejsce, by napisać wspomnienie? O lekarzu. O przyjacielu. Czy z sentymentami - to gdzie indziej?  

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Zasłyszane...

2009-10-13 22:33:20

Zarzucono mi tutaj, że szermuję językiem w sposób nie...kontrolowany,odpowiedzialny,itd.(właściwe podkreślić), wreszcie, że używam go, jak dziecko skalpela... Przypomnialo mi to pewną krótką, wymowną anegdotę zawodową.

Miałem otóż zaszczyt lat temu dobrych kilka gościć na Wigilii w II Klinice Chirurgii AMG-legendarnej, a nieistniejącej dziś "Łąkowej". Zacny ten zespół zarządzany był przez Prof. Zbigniewa Grucę (z TYCH Gruców), i pomieniony, skądinąd znakomity chirurg, wyjaśnił mi lakonicznie proste zasady, jakie rządzą chirurgią. Tak prosto i lakonicznie, jak tylko można wyjaśnić nie-chirurgowi. Otóż:

"...najpierw dlugo stój i patrz na ręce lepszym. Równocześnie ćwicz sprawność manualną, której nigdy dosyć. Potem?...Potem już z górki. Wytnij to, co ci się nie podoba i nie pasuje do krajobrazu. Następnie zszyj czerwone z czerwonym, białe z białym, a żółte z żółtym. Oczekuj efektu. Na pewno będzie dobrze..."

Biorąc zatem pod uwagę ostatni wers-czyż nie można nauczyć dziecka chirurgii ?

Tyle tytułem żartu. Śledzenie losów dywagacji b(oskiego)oskara na temat nas, idiotów... wyczerpuje. I chyba, cholera, uwstecznia ? Skoro komentujemy, zniżając się tym samym do poziomu... Misiek? rzeknij coś, aby mądrze? 

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 4 , zobacz komentarze

Rozliczyć się z samym sobą...cz.I

2009-09-24 00:09:36

   Jako pacholę małoletnie, uczęszczałem, jak każdy, do podstawówki. Nic niezwykłego, do tej pory to obowiązek, egzekwowany prawnie. Szkoła, jak szkoła. Ale patron! Buda była przesiąknięta atmosferą twórczości tego rudego pół-Żyda z Zaosia i jego kumpli, co to bez "Sturm und Drang!" kroku po Paryżewie zrobić nie umieli. Jeden za młodu złotą farbą się smarował, drugi w hamaku spał-mówili, że oryginał, a nikt nie pomyślał lotnie, że chłop na chleb nie ma...Trzeci się znowu po wiejskich weselach włóczył i te swoje mazurki...

   W każdym razie burza i napór były moją indoktrynacją. Przez osiem lat. Tak mi przestroiły psychikę, że w rozumku 15-letniego uduchowionego idioty urodził się chory z założenia pomysł na pomaganie innym. Kierując się gęsto rozlepionymi onego czasu obwieszczeniami (nic niezwykłego w grodzie nadodrzańskim, wszak na bekanntmachung’ach opierała się wiele lat rozsądna administracja tych ziem...)-przekroczyłem próg Liceum Medycznego. Akurat pierwszy raz w historii przyjmowali chłopaków do nauki zawodu. Do "elytarnej" klasy pielęgniarek anestezjologicznych. Kombinat. Same kobity, coś około 800, i 6 smarków jako króliki doświadczalne. Na początek. Nawet BHP powariowało, i do października ganialiśmy siusiu do knajpy na przeciwko, bo normy nie przewidywały oczka toaletowego na 6 sztuk po...głowia. Za mało, a dziewczyny ze swojego pędziły nas precz. Potem się wyprostowało.

Było warto. Dobra szkoła, przemyślana nauka zawodu. I program latami praktyki dostosowany do toku dorastania nastolatków. Żadnego etosu, dziejowego posłannictwa, bajek o powołaniu. Fabryka zawodowców. Uporczywy, wielokrotny trening do dziś przynosi efekty. Zasady, wypracowane wtedy-aktualne są do dziś. Antyseptyka w dobie twardych dysków nie zyskuje innego wymiaru, higiena nie przestaje być higieną w oświetleniu flat-monitorów. Żałuję teraz TAMTEGO szkolnictwa, sposobu nauczania, podejścia do zawodu. Mówiąc to-jestem niepopularny, jestem WROGIEM. Mało-posunąwszy edukację dalej, i uzbierawszy nieco literek na pieczątce (tak przed, jak i pod nazwiskiem)-traktowany jestem jak "ptak, co gnazdo kala..."

To już nie moje gniazdo...Błyski akrylowych tipsów, hiszpańskie kolczyki, coraz modniejszy piercing nosów i brwi, indolencja zawodowa i wygórowane pretensje młodych dam, mających dyplom podobny do mego starego, pożółkłego-są mi dalekie. Niedojrzałe i śmieszne jak one same. Mam czasem ochotę zapytać, zwłaszcza wtedy, kiedy krzyczą o kolejne podwyżki-moje Panie, a może byście najpierw wykonały PORZĄDNIE to, za co Wam płacą, i co wynika z Karty Opisu Stanowiska, obowiązków wobec pracodawcy? Czytuję takie dokumenty z uwagą (takie hobby...). One-niekoniecznie. I nie zawsze ZE ZROZUMIENIEM. 

Sprzedawałem swego czasu swoją pracę Zjednoczonemu Królestwu. Zdziwiłem się, jak szybko polskie pielęgniarki przypominają sobie choćby to, gdzie na dyżurze nosi się zegarek...Czyli szkoły jednak uczą STARYCH zasad. Czyli tam, za wodą, można... Za to u siebie-już nie łaska?

Komentarze "na wariata"-niemile widziane. Proszę przeczytać całość, przemyśleć...Zaręczam - TO NIE BOLI.  

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 1 , zobacz komentarze

Służba ??? zdrowia...

2009-09-22 22:58:35

   Pora wsadzić kij w mrowisko, bo nudnawo tu nieco, Panie i Panowie, nieprawdaż ? Powagą bije, judymizmem, posłannictwem dziejowym, oraz tym , co to na I roku było najważniejsze-z duszy i serca...Taaa...czujnie strzec i zdecydowanie bronić/cit./ zdrowia i życia ludzkiego...

A nie zastanowił się jeden z drugim, że sami na siebie zastawiamy pułapkę ? Werbalną ?

28 (dwadzieścia osiem, dla ciężko myślących) lat robię w fachu, i zawsze określenie "SŁUŻBA" wywoływało u mnie niepowściągliwe wymioty ciężarnych. Sami zrobiliśmy z siebie stangretów Janów, służące Marysie i tym podobny element, sprowadzany przez Państwa "na pokoje" a potem dymany do granic wytrzymałości materiału...

I tak się nas postrzega do dziś. Pacjent-święta krowa, oczywiście !-może Cię zbesztać, naubliżać, oszczekać na byle forum netowym, pomówić*/wlaściwe podkreślić/. O rękoczynach nie wspomnę. Zapytajcie ludzi z SOR-ów. Może akurat któryś zechce powiedzieć prawdę, nie obawiając się mobbingu ze strony tzw."środowiska".

Pracujemy w OCHRONIE ZDROWIA. I jak ochroniarzom, NALEŻĄ nam się przywileje. Zacznijmy ich wymagać. Najprostszy, o jaki walczę, wiedzie rodowód z regulaminu wojskowego; "Przełożony, stawiając zadanie MUSI zapewnić podwładnemu SIŁY i ŚRODKI do jego wykonania/cit./"

Tyle. Na razie.

No ! dalej ! Wojtki, Józki i Kaśki, do roboty ! Bo sfrustrowany, grożący, niecierpliwy, arogancki i niedomyty PAN PACJENT czeka ! CZEKA !!!  A przecie mu się to, k...a NALEŻY! Tele lat płacił na darmozjadów, to co se ta bedzie krzywdował! (tekst oryginalny, pozyskany od jednego z Pacjentów w SOR-ze kartuskiego szpitala latem 2005r.) 

 

czytaj resztę »

Nie dodano kategorii | Komentarze 16 , zobacz komentarze