Kawa
2010-02-22 20:32:39
Skończyła mi się ulubiona kawa, którą piłam hektolitrami i ze świata marzeń o lekarzeniu znów przywędrowałam do biochemicznego piekiełka. Od zachwytu nad potencjalnymi zastosowaniami praktycznymi zdobywanej wiedzy do ojapierdolęiletego. W złym momencie. Przed dwoma kolokwiami. Wciskam w siebię wiedzę, która bynajmniej nie zamierza tak łatwo dać się wcisnąć, co boleśnie daje mi odczuć szanowny Pan Harper, a jeszcze boleśniej da odczuć Katedra Biochemii. Trochę przeraża mnie wizja posiadania -1 punktu na 14 (po dwóch kolokwiach), jak to zafundował niektórym Szef Katedry, co, jak myślałam, na szczęście mi nie grozi, ale kto wie. Wszystko jest możliwe.
Jako człowiek w medycynie rozeznany niesamowicie i oczytany, strzeliłam sobie ostatnio browarka, zapominając, iż biorę antybiotyki ze względu na choróbsko, które się mnie ostatnio uczepiło. Ogólnie prawie że studenckie życie tutaj kwitnie, może mi się mieszanie leków z alkoholem na mózgowie rzuci i ogólnie z lekka aspołeczna Cellula wyściubi nos z internetowego świata i pójdzie na imprezę, by, jak w domu za starych dobrych czasów, narąbać się i przestać narzekać.
Na razie pozostaje mi imprezować z Harperem i Traczykiem, może Konturka zaproszę, w końcu im większa biba, tym ponoć lepiej. No i pan docent W., który w ramach edukowania młodzieży w zakresie podatności płuc nadmuchuje rękawiczki na wykładzie. Przynajmniej łopatologicznie – tak odpowiednio dla mnie...
czytaj resztę »
Zeszyt w kratkę
2009-10-04 12:55:45
Mieszkam w – powiedzmy – prawie centralnej i dobrze skomunikowanej części miasta. W okolicy sklepy, punkty usługowe i galerie handlowe. Wydawać by się mogło, że człowiek dostanie tu wszystko, jeśli nie w centrum handlowym, to w sklepiku za rogiem. Błąd. Może jako studentka mam zbyt wysokie wymagania, może moje potrzeby są klasyfikowane przez system podaży-popytu jako nieistotne, może zgłupiałam ostatnimi czasy i nie umiem czytać ze zrozumieniem nazw sklepów.
Szukałam zeszytów w kratkę w liczbie pięciu. Zwykłych, A5, 60-80 kartek. Nie w twardej oprawie z trójwymiarowymi rysunkami, z brokatem i Bóg wie czym jeszcze. Nie 200-kartkowych brulionów z mapą świata w środku. Nie 16-kartkowych w kolorowe i świecące linie. Nie z żarówiaście kolorowymi kartkami. Nie... I nie chodzi tu nawet o mój zmysł estetyczny, ponieważ byłam już skłonna kupić zeszyt z jakimś paskudnym pieskiem czy czymś w tym stylu. Chodzi o to, że nie zamierzam wydawać dwudziestu złotych na zwykły zeszyt, bo ma poprzyklejane cekiny, sztywną wkładkę w środku czy kolorowe marginesy.
Chwilami wolałabym już – jak dwie moje koleżanki - mieszkać na zadupiu, gdzie ma się pod oknem Lidla czy Biedronkę. Gdzie można wyjść i w pięć minut kupić zupkę chińską, produkt seropodobny, syfiastą szynkę i zeszyt w kratkę.
Czy ja marudzę?...
czytaj resztę »