Posty z kategorii: "inne"


Życie studenta

2011-10-03 20:51:20

Od paru dni kurczowo trzymam się myśli, że mentalnie dla wielu osób wakacje jeszcze się nie skończyły. Że - tak jak w starych dobrych szkolnych czasach - pierwszy tydzień to było błogie opierdalanie się, nieświadomość i wpatrzone nieprzytomnym wzrokiem w tablicę twarze ludzi, którzy myślami byli jeszcze w słonecznej Grecji czy ciepłym jeziorze. Ale wiem, po prostu wiem, że niedługo dopadnie mnie kryzys. Świadomość, że to już jest koniec spadnie na mnie jak lodówka z batonikami Kinder(czy co to tam jest) w reklamie ;) Moje pierwsze zajęcia w systemie blokowym uznaję za rozpoczęte. Asystent chyba z dydaktyką ma trochę wspólnego od jakiegoś czasu - a może po prostu pamiętał swoje studenckie dylematy? - i nie pytał, potłumaczył i puścił wcześniej do domu. A raczej na wykład z farmakologii... Czyli przedmiotu - fatum w tym roku...
Blog miał mi służyć jako miejsce, gdzie wylewam swoje frustracje. Anonimowo. No może nie całkiem anonimowo, w końcu prędzej czy później każdego da się "wytropić", jednak na pierwszy rzut oka nie wiadomo, kim jestem. Taką mam przynajmniej nadzieję :) W pierwszym poście umieściłam "historyjkę" o dziewczynce i osiągnięciu celu. O tym, że gdy osiągnie się cel, może okazać się, że ważniejsza była sama mdroga niż jej koniec. I mam poczucie, że teraz żyję w zawieszeniu. Żyję w tym "celu", którym było studiowanie medycyny i który osiągnęłam. Punkt końcowy, który miał być momentem, a rozciągnął się na lata. Na tych studiach da się żyć w zawieszeniu. Bywają momenty gorsze, jak dla mnie drugi rok, gdy nie za bardzo wiedziałam, co robię i co się ze mną dzieje... Są momenty, gdy wie się, iż nic innego nie chce się robić. Takie, gdy myśli się, żeby spierdolić na cokolwiek innego. I takie, gdy słyszy się od pacjenta coś miłego :)
Ale to wszystko jest chwilowe. To wszystko to "życie studenta", które sobie trwa, toczy się od kolokwium do kolokwium, od wyjazdu do domu do imprezy. zamiast dni liczy się zaliczenia, zamiast nocy - przeczytane książki.
Niektórzy, pewnie większość, widzi w tym drogę do celu numer dwa - do zawodu lekarza. Dlaczego ja utknęłam na poziomie dnia dzisiejszego? Boję się powtórki z rozrywki? Tego, że jeśli zapragnę osiągnięcia celu - dyplomu, to straci on dla mnie swoją nadprzyrodzoną wartość z chwilą, gdy stanie się rzeczywistością? A może po prostu podświadomie moja zdolność do marzeń, wyobrażania sobie, jak to będzie fajnie, została zepchnięta gdzieś w głąb przez strach przed pracą, przed odpowiedzialnością?
Zastanawiam się czasem, patrząc na tłum studentów, jak oni do tego podchodzą... Przeglądam sobie czsasem blogi i czytam opinie, wynurzenia, opowieści ze studiów. Ale nieczęsto zdarza się czytać o osobie ;) Znam osobiście autorów dwóch blogów stricte studencko-medycznych i cóż, widzę przepaść :)

czytaj resztę »

Dodane w studia , inne | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Młodzież i plebs

2011-03-27 17:53:44

Rozmawiam z ludźmi. Czytam blogi. I śmieję się. Dzisiejsza młodzież pełna różnej maści "ekscentrycznych outsiderów", tych innych niż wszyscy (czy nie pisałam o nich w kontekście studiów medycznych, ile to będzie, ze dwa lata temu?) Ci lepsi od innych, wyżej od plebsu. "Nie spotykam się z tymi idiotami, bo mam ważniejsze rzeczy do roboty", "nie idę na imprezę, bo muszę się uczyć do matury i dostać na elitarną medycynę, ach och!", "te patałachy do niczego w życiu nie dojdą, siedzą tylko takie pustaki i rozmawiają, gdy ja robię sto pięćdziesiąty zbiór zadań z chemii". Czy to nie żałosne? Żałosne.

Żałosne jest takie podejście, żałosne jest uważanie się za lepszego, bo się wybiera lub jest na jakichś rzekomo szalenie wypasionych studiach, jak medycyna (Hałsy kurwa...) czy inne prawo. Powiedzmy sobie szczerze, głównie tacy inteligenci są w liceum, ewentualnie na pierwszym roku. Chociaż zdarzają się przetrwałe wyjątki. Niestety. Chociaż czy niestety...? Gdyby nie pewnych dwóch znajomych, nie miałabym pojęcia, że ostali się jeszcze ludzie, którzy uważają, że do zostania super-kurwa-nie-wiadomo-jakim-prof. dr hab. n. med. brakuje im tylko oficjalnie PWZ. No jeden się nie ostał, przepraszam. A ubaw mam z nich taki, że równoważy mi wszystkie nieprzyjemności związene ze studiami.

Ale pisałam o "ekscentrycznych outsiderach" ;) Jak byłam mała, modne było mówianie o sobie "jestem szaona, nieprzewidywalna, dzika,..." W zamyśle: impreza, impreza, impreza. Dzisiaj coraz więcej uprzednio "szalonych nastolatek" zamienia się w jakieś twory pseudo-emo (ci to chociaż jakoś subkulturę mają...). "Nie zależy mi na niczyjej opinii", "jestem nietypowa, aspołeczna, nie lubię tłumu, samotność to moje życie", plus oczywiście stałe wyśmiewanie się z pustych blachar, emo, dresów czy innych tego typu grup. Bo ja jestem lepsza. Słucham Komy i Czesław śpiewa. A nie jakiegoś chłamu bez znaczenia. Tak, snobizm, najczęściej przejawiający się robieniem zdjęć lustrzanką za grube tysiące (ach ta sztuka jest taka ponas plebs...) czy czytaniem pseudofilozoficznych natchnionych książek, w których oczywiście, w przeciwieństwie na przykład do poezji, sens ukryty pod wzniośle brzmiącymi hasełkami, jest oczywisty i widoczny dla każdego, to również domena tych natchnionych samotnych buntowników.

Czyżby czasem pojawiająca się w różnego rodzaju filmach czy literaturze postać przystojnego samotnego chłopaka, który kroczy ulicą z rękami w kieszeniach, jakby poza całym materialnym światem? A może po prostu kwestia naogądania się "Zmierzchu", który "ci lepsi" uważają często za domenę pustych różowych gimnazjalistek?

czytaj resztę »

Dodane w opinie , inne | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Dziś krótko

2011-03-17 01:23:45

Uwielbiam, jak moje życie pędzi do przodu. Tak jak teraz. Tak jak zawsze było. Nowe wyzwania, nowe przeszkody. Czasem bywa to męczące, czasem trzeba nadganiać. Ale gdy się dotrze na kolejny pół-szczyt i można odetchnąć! Odetchnąć i podziwiać to, co już się osiągnęło. Człowiek, którego życie stoi w miejscu, który nie walczy o lepsze jutro, nie odczuwa tych kilku chwil wytchnienia. Nie docenia ich. Nie może w pewnym momencie swojej wspinaczki do celu zatrzymać się, spojrzeć w tył i oniemieć z wrażenia, na widok krajobrazu swoich dokonań. Nie zawsze wielkich. Nie zawsze znaczących. Ale zawsze swoich. Człowiek, którego życie stoi w miejscu ma dookoła siebie tylko skalną ścianę, górę, u której stóp stoi i na którą nie ma odwagi wejść. Taki człowiek, do końca pozostanie na dole. Ktoś, kto się całe życie wspinał, ma szansę, bo na szczycie wbić swoją flagę. By krzyknąć "jestem!". By móc, gdy już dobiegnie kres, rzucić się z tej skały i swoje ostatnie chwile przeżyć w pełni. Jako nagrodę. Jako spełnienie marzeń. Podsumowanie całego życia.

Zaczęło się od "uwielbiam", skończyło na rzucaniu się ze skał... Typowe ;) Mam nadzieję, że żaden psycholog tego nie czyta :)

Uwielbiam też patrzeć w sklepie, co kupują inni. Takie małe spaczenie, które towarzyszy mi od kiedy pamiętam. Uwielbiam wyszukiwać różne ciekawostki, jak na przykład pana, który kupuje około 30 jogurtów i do tego bochenek chleba, parę z całymi zgrzewkami piwa i Actimelem, dwoje staruszków przy stoisku typu "body building"... Prawdę mówiąc, moje zakupy mogłyby też zadziwić niejednego obserwatora, z reguły w koszyku mam dosyć ciekawe mieszanki. Ciekawe przynajmniej w porównaniu do "standardowych" składników przeciętnego obiadu. No ale cóż - student to nie do końca przewidywalny gatunek :)

czytaj resztę »

Dodane w opinie , inne | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Czy

2011-03-05 21:42:15

Różnica między pesymistą i optymistą polega na tym, że optymista wie, iż jest optymistą, natomiast pesymista myśli, że jest realistą. Przynajmniej w moim otoczeniu. Może wynika to z naszej skłonności do narzekania. Może z tego, że gdyby pesymista przyznał, iż realistą nie jest, oznaczałoby to, że może być gorzej. A to przecież niemożliwe. Taki dziwny wstęp do kolejnego wpisu. W sumie z dupy wzięty i nie wiadomo, jak łączący się z całością, ale że mnie natchnęło, to napisałam :)

Na uczelni trochę z dupy nas potraktowali. A to zdziwienie... Chodzi o kolokwium z EKG, które jakaś połowa grup zdała na 4-5, no ewentualnie 3, nie zdały jednostki, a druga połowa spierdoliła. Tam zdały jednostki. No może nie aż tak źle, chociaż w jednej z grup zdało bodajże pięć osób na dwadzieścia. Oceny tak do 4 może. Mi akurat się poszczęściło, jakoś utrafiłam w pytania i mimo że nie czuję się jakaś mocna w interpretowaniu szlaczków, a do tego pisałam w tej mniej szczęśliwej połowie - zdałam. W ogóle na trzecim roku dochodzę do wniosku, że coraz częściej opłaca się mieć więcej szczęścia niż rozumu. Czy to dobrze wróży na przyszłość - nie wiem.

Dziwnie sprawa się ma z fizjologią, którą w zeszłym roku niemalże wynosiłam pod niebiosa, pomijając oczywiście afery z regulaminem. Okazało się, że szef Katedry tak zachwycił się naszym genialnym i cudownym rocznikiem, że bardzo przecenił następny. Zmienił na przykład kryteria oceniania (oczywiście to tylko na korzyść studentów - bo nasza Uczelnia pieprzy matmę i mieć -1 za złą odpowiedź jest dużo korzystniej niż -0,4). Nie wiem, co jeszcze, w każdym razie efekt jest jaki jest - co poniektórym grozi niedopuszczenie do egzaminu (niedopuszczeń w zeszłym roku też nie było). Jakimś cudem mnie to ominęło... I znowy wychodzi, że mam szczęście.

Chyba ów optymizm z pierwszego akapitu się jednak pojawił. Szok!

Coraz bardziej mnie przeraża wizja zostania sam na sam z pacjentem, co z pewnym prawdopodobieństwem za parę lat będzie miało miejsce. Dziwnie się z tym czuję, niepewnie. Wiem, że tego chcę, ale mimo to jestem pełna obaw. Jak na razie jedyne życie, za które byłam odpowiedzialna, to świnka morska (przeżyła) :) Nie jestem pewna, czy w odpowiedniej chwili będę w stanie uruchomić wiedzę wyniesioną ze studiów. Czy będę tę wiedzę posiadać. Czy przy pierwszym "ostrym" pacjencie będę potrafiła podjąć decyzję. Czy chociażby się ruszyć... Czy poradzę sobie ze stresem. Pamiętam, jak się czułam, gdy na praktykach zmarła pacjentka, którą się zajmowałam, z której wynikami biegłam po lekarza, żeby zajęli się nią jak najszybciej. Przemiła pacjentka, która do końca była pogodna i cieszyła się, że jest w dobrych rękach, że ktoś się nią zajął. Martwiła się tylko, że w domu bałagan, że wnuki...

Czy będę w stanie sobie z tym poradzić? A jeśli nie? Czy spróbuję jeszcze raz? Wszystko od zera? "Od matury"? Czy będę sobie potrafiła powiedzieć w twarz, że to nie moje miejsce na Ziemi?

czytaj resztę »

Dodane w studia , inne | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Dom

2011-02-12 22:58:06

Huh aż chciałoby się napisać "jak dawno mnie tu nie było", ale to byłoby powtarzanie się, być może nawet wielokrotne. Dlatego nie napiszę ;) Ogólnie trzeci rok jest z deczka ciężki, nie żeby zapierdalanie na całego (to może mieć miejsce w drugim semestrze, gdyż plan zajęć nieco mi się rozrasta), ale dużo, dużo... Jak wspominałyśmy sobie z dziewczynami dobre czasy, gdy człowiek narzekał na dwa koła w jednym tygodniu... Teraz zdarzają się trzy, w porywach cztery i cały czas coś się czai, nie ma, że miesiąc czekania, aż coś zacznie się dziać. Normalnie człowiek czuje, że żyje.

Tak wiem, że piszę, jakbym była na dopalaczach. Ale cały poprzedni rok z niewiadomych przyczyn przymulałam i cierpiałam na syndrom tęsknoty za domem i za robieniem świra z przyjaciółką z liceum (pozdrawiam cię wariatko!) i teraz muszę się wyżyć chyba, odrobić niedobory ruchowe i emocjonalne, zastanowić się, co chcę robić w życiu poza pracą, pracą, pracą. Bo nie ma co się oszukiwać, nie poszłam na te studia, żeby w przysżłości nie mieć za co dzieci wykarmić, a to oznacza, że podejście luz blues i opierdalajmy się razem nie przejdzie. Ostatnim razem produkowałam się, że na studiach zaczyna być lepiej, ciekawiej, przyjemniej. Tak więc teraz nie zamierzam się rozpisywać na ten temat. Zaczynam jednak dobrze czuć się w Moim Nowym Mieście. Naprawdę dobrze czuć. Spacerować. Jeździć na imprezy. Zaczynam lubić to miejsce. Jest postęp. Jest i druga strona medalu. Moja Stare Miasto, które tak kocham i za którym do dziś tęsknię, staje mi się coraz bardziej obce. Umówiłam się z przyjaciółką na pizzę i nawet nie pamiętałam, gdzie można iść. Dziwnie się czuję, nie mogąc dojechać prawie wszędzie tramwajem. Wchodzę do sklepów, w których robiłam zakupy za czasów szkolnych i się gubię. Bo "u mnie" jest inaczej. Długo przyzwyczajam się do nowych miejsc, ale jak już uznam coś za Dom, to zapominam o poprzednim, teraz to jest "moje", nie tamto.

Podobnie mam z ludźmi. Po zakończeniu znajomości, nawet przyjaźni, budzę się pewnego dnia i myślę "XY? Kto to był w ogóle?..."

Wybrałam studia de facto z przypadku. I dobrze się tu czuję. To jest to, co chcę robić, co mnie kręci. Wybrałam miasto jeszcze bardziej z przypadku. I zaczynam należeć do tego miejsca. Dochodzę do wniosku, że im mniej przemyślana decyzja w mom życiu, tym bardziej trafna się okazuje. To nie są jedyne przykłady. Oczywiście mam na myśli decyzje, które miały duży wpływ na to, kim jestem, gdzie jestem, co robię. Że siedzę teraz przed komputerem w moim pokoju w wynajętym mieszkaniu, słucham szumu ulicy, który uwielbiam i zastanawiam się, czy będą nas gnoić na socjologii (słyszałam takie opinie o tym przedmiocie) czy plotki okażą się nieprawdziwe (oby...). I jakiejś kosmicznej mocy chyba dziękuję za podjęte decyzje, bo prawie zdecydowałam się swego czasu na studiowanie kierunku, będącego znaną kuźnią bezrobotnych, tudzież pracowników sklepów typu Biedronka. A kieruneki numer dwa, jak się ostatnio okazuje, to pomysł kosztowny. Niby nie, jak się zaczęło, nie skończyło, ale skończy,... Tyle że jaka polityka polska jest, każdy widzi. Tyle że lepsza niż egipska ;)

czytaj resztę »

Dodane w studia , inne | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Kawa

2010-02-22 20:32:39

Skończyła mi się ulubiona kawa, którą piłam hektolitrami i ze świata marzeń o lekarzeniu znów przywędrowałam do biochemicznego piekiełka. Od zachwytu nad potencjalnymi zastosowaniami praktycznymi zdobywanej wiedzy do ojapierdolęiletego. W złym momencie. Przed dwoma kolokwiami. Wciskam w siebię wiedzę, która bynajmniej nie zamierza tak łatwo dać się wcisnąć, co boleśnie daje mi odczuć szanowny Pan Harper, a jeszcze boleśniej da odczuć Katedra Biochemii. Trochę przeraża mnie wizja posiadania -1 punktu na 14 (po dwóch kolokwiach), jak to zafundował niektórym Szef Katedry, co, jak myślałam, na szczęście mi nie grozi, ale kto wie. Wszystko jest możliwe.

Jako człowiek w medycynie rozeznany niesamowicie i oczytany, strzeliłam sobie ostatnio browarka, zapominając, iż biorę antybiotyki ze względu na choróbsko, które się mnie ostatnio uczepiło. Ogólnie prawie że studenckie życie tutaj kwitnie, może mi się mieszanie leków z alkoholem na mózgowie rzuci i ogólnie z lekka aspołeczna Cellula wyściubi nos z internetowego świata i pójdzie na imprezę, by, jak w domu za starych dobrych czasów, narąbać się i przestać narzekać.

Na razie pozostaje mi imprezować z Harperem i Traczykiem, może Konturka zaproszę, w końcu im większa biba, tym ponoć lepiej. No i pan docent W., który w ramach edukowania młodzieży w zakresie podatności płuc nadmuchuje rękawiczki na wykładzie. Przynajmniej łopatologicznie – tak odpowiednio dla mnie...

 

czytaj resztę »

Dodane w inne , studia | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Zeszyt w kratkę

2009-10-04 12:55:45

Mieszkam w – powiedzmy – prawie centralnej i dobrze skomunikowanej części miasta. W okolicy sklepy, punkty usługowe i galerie handlowe. Wydawać by się mogło, że człowiek dostanie tu wszystko, jeśli nie w centrum handlowym, to w sklepiku za rogiem. Błąd. Może jako studentka mam zbyt wysokie wymagania, może moje potrzeby są klasyfikowane przez system podaży-popytu jako nieistotne, może zgłupiałam ostatnimi czasy i nie umiem czytać ze zrozumieniem nazw sklepów.

Szukałam zeszytów w kratkę w liczbie pięciu. Zwykłych, A5, 60-80 kartek. Nie w twardej oprawie z trójwymiarowymi rysunkami, z brokatem i Bóg wie czym jeszcze. Nie 200-kartkowych brulionów z mapą świata w środku. Nie 16-kartkowych w kolorowe i świecące linie. Nie z żarówiaście kolorowymi kartkami. Nie... I nie chodzi tu nawet o mój zmysł estetyczny, ponieważ byłam już skłonna kupić zeszyt z jakimś paskudnym pieskiem czy czymś w tym stylu. Chodzi o to, że nie zamierzam wydawać dwudziestu złotych na zwykły zeszyt, bo ma poprzyklejane cekiny, sztywną wkładkę w środku czy kolorowe marginesy.

Chwilami wolałabym już – jak dwie moje koleżanki - mieszkać na zadupiu, gdzie ma się pod oknem Lidla czy Biedronkę. Gdzie można wyjść i w pięć minut kupić zupkę chińską, produkt seropodobny, syfiastą szynkę i zeszyt w kratkę.

Czy ja marudzę?...

czytaj resztę »

Dodane w inne | Komentarze 6 , zobacz komentarze