Rozterki biofizyczne
2010-01-09 01:01:26
Nie miałam ostatnio weny do pisania, święta nie sprzyjały siedzeniu przed komputerem, a kolokwia nie zachęcały do dumania nad moimi blogowymi wypocinami :) Wykaraskałam się, nawet nie zamierzam już rzucić w ch*j medycyny i iść na coś innego, co zdarzało mi się nader często przez ostatnie półtora roku. Liczę dni do sesji i, niestety jakże krótkich, ferii.
Zima jak co roku zaskoczyła drogowców, a GUMed jak co dzień zaskoczył studentów... Tym razem poszło o plotkę dotyczącą zerówki z biofizyki. Kwestia możliwości pisania egzaminu w pierwszym terminie po niezaliczeniu zerówki podzieliła studentów na „na pewno nie można”, „na pewno można”, „o Boże, o Boże, co teraz zrobię?” i „mam to w dupie, i tak nie piszę”. Ja obstawiałam, że można. Nie dlatego, że tak bardzo ufam w dobroduszność i prostudenckie podejście pracowników mojej wspaniałej uczelni. Bynajmniej. Po prostu wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto coś tam usłyszy, dowie się od studenta trzeciego, czwartego czy piętnastego roku, że w latach 90-tych to ktoś zrobił tak, a nie inaczej i rozpowiada z niezachwianą pewnością w głosie mrożące krew w żyłach informacje.
Znajomy się wkurwił, poszedł tam i się po prostu zapytał. Można. Po wielu dociekaniach i śledztwach doszliśmy, kto, co i po co. Oczywiście: „no bo któryś rocznik nie mógł pisać pierwszego terminu, to myślałem, że...” No właśnie: myślałem....
Zbliża się termin zaliczania niezmiernie porywającego przedmiotu, jakim jest historia filozofii. Przedmiot wydawał mi się ciekawy, dopóki się nie zaczął... Eufemistycznie mówiąc, cud dydaktyczny to to nie jest... W każdym razie mamy napisać jakieś referaty o zadanej filozofii współczesnej. Poczytałam sobie główne założenia tego nurtu, ogólnie kto, co i po co. I po parunastu stronach tego pseudonaukowego bełkotu o niczym wymiękłam. Zauważyłam, że przez cały czas przewija się pewna liczba trudnych, długich i mądrze brzmiących słów w różnych konfiguracjach, opisujących zarówno koncepcje „mojej” filozofii, jak i jej przeciwników. Czasem w różnej kolejności, czasem z przedrostkiem pseudo, w każdym razie – tragedia... Moja mama stwierdziła, gdy opowiedziałam jej o tym (a sama miała na studiach ów przedmiot, w dodatku, jako że studia były typowo humanistyczne, w nieco rozszerzonej, w porównaniu z moją, wersji) „Filozofowie mniej więcej od Oświecenia nie mają już za bardzo o czym pisać... Nic nowego nie wymyślą. Współczesne teksty filozoficzne to chyba depresja z niemocy twórczej...”
Co do spraw bardziej przyziemnych – zaczęłam ostatnio doceniać Galerię Manhattan :) Jakaś odmiana od Bałtyckiej, ciekawe, że w zeszłym roku byłam tam... raz. A po drodze...
czytaj resztę »Fizjologia
2009-10-25 22:29:12
No i batalia oficjalnie zakończona. Chociaż zapewne potrwa do czerwca, a dla niektórych studentów jeszcze rok dłużej. Szaleństwa niby nie ma, szef Katedry usunął kilka punktów regulaminu, z czego de facto na usunięciu dwóch konkretnych nam zależało. O możliwych plusach i minusach usunięcia owych punktów pisać nie zamierzam, jako że obiektywnie nikt się jeszcze temu nie przyjrzał. Dr W. zachwalał regulamin jako jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, niezwykle korzystne dla studentów. Studenci, szczególnie starsi (nasze wyrocznie od "macie przesrane, a będzie jeszcze gorzej"), twierdzili coś zgoła innego.
Po pierwsze - punkty ujemne. Punkty ujemne nie mogą mieć ponoć wpływu na zaliczenie przedmiotu, a miały, ponieważ były przyznawane na sprawdzianach. Sprawdziany były kolokwiami, ale nimi nie były, bo na kolokwiach nie może być ujemnych punktów, gdyż ocena z nich ma wpływ na zaliczenie przedmiotu.
Po drugie - słynny już na naszej uczelni Paragraf 22: „W przypadkach szczególnych, które ze względu na bogactwo zdarzeń życiowych nie dają się przewidzieć, Kierownik Katedry może podjąć decyzje – zarówno na korzyść jak i na niekorzyść Studenta - wykraczające poza literę niniejszego regulaminu” Punkt ten wzbudził największe kontrowersje, gdyż dr W. twierdził, iż pomagał on niektórym studentom zdać egzamin, mimo że zgodnie z regulamine go nie zdali, zaś w kręgach studenckich krążyły legendy o rzeszach studentów udupianych na kolokwiach z powodu zmiany oceniania/formy/czegokolwiek.
Ogólnie z tego wszystkiego najlepsze jest to, że największy opierdziel dostała starościna. Głównie od studentów. Że niby nie konsultowała ze starostami, że nie myślała, że działała na własną rękę i wymyśliła sobie to wszystko, a my będziemy cierpieć. Prawda jest taka, że ilu starostów rusza dupę na zebrania i robi cokolwiek w związku z pełnioną fonkcją wiedzą chyba wszyscy. Ja też, choć starostą nie jestem. No ale taka mentalność niektórych kretynów. Jak nikt nic nie zrobi, to jest źle i dlaczego nikt nie interweniuje. Jak ktoś coś zrobi to jest źle i po co, przecież będą kłopoty. Sami nic, ale jak coś się dzieje to ho, ho! nasze rodzime polskie narzekactwo aż w nich kipi. I co by potem się nie stało, to powiedzą "a nie mówiłem?"
czytaj resztę »Doktory
2009-10-03 17:55:12
Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.
Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!
Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.
Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.
Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.
Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?
