Kawa
2010-02-22 20:32:39
Skończyła mi się ulubiona kawa, którą piłam hektolitrami i ze świata marzeń o lekarzeniu znów przywędrowałam do biochemicznego piekiełka. Od zachwytu nad potencjalnymi zastosowaniami praktycznymi zdobywanej wiedzy do ojapierdolęiletego. W złym momencie. Przed dwoma kolokwiami. Wciskam w siebię wiedzę, która bynajmniej nie zamierza tak łatwo dać się wcisnąć, co boleśnie daje mi odczuć szanowny Pan Harper, a jeszcze boleśniej da odczuć Katedra Biochemii. Trochę przeraża mnie wizja posiadania -1 punktu na 14 (po dwóch kolokwiach), jak to zafundował niektórym Szef Katedry, co, jak myślałam, na szczęście mi nie grozi, ale kto wie. Wszystko jest możliwe.
Jako człowiek w medycynie rozeznany niesamowicie i oczytany, strzeliłam sobie ostatnio browarka, zapominając, iż biorę antybiotyki ze względu na choróbsko, które się mnie ostatnio uczepiło. Ogólnie prawie że studenckie życie tutaj kwitnie, może mi się mieszanie leków z alkoholem na mózgowie rzuci i ogólnie z lekka aspołeczna Cellula wyściubi nos z internetowego świata i pójdzie na imprezę, by, jak w domu za starych dobrych czasów, narąbać się i przestać narzekać.
Na razie pozostaje mi imprezować z Harperem i Traczykiem, może Konturka zaproszę, w końcu im większa biba, tym ponoć lepiej. No i pan docent W., który w ramach edukowania młodzieży w zakresie podatności płuc nadmuchuje rękawiczki na wykładzie. Przynajmniej łopatologicznie – tak odpowiednio dla mnie...
czytaj resztę »
Pozytywnie
2010-01-23 22:10:12
Żeby nie było, że ciągle narzekam na blogu i opisuję najczarniejsze życiowe scenariusze w związku ze studiami, wyrzucaniem mnie z nich, rezygnowaniem i niezliczonymi wadami Uczelni, napiszę coś bardziej optymistycznego :) Przede mną trzecia sesja. Co w tym optymistycznego? Ano to, że udało mi się przerobić materiał dzień przed zamierzonym terminem. Bez złorzeczenia Katedrze, wyrzekania, jaki to świat zły, a ja głupia :) Mam nadzieję, że z resztą zaliczeń będzie podobnie. Następnym pozytywnym zaskoczeniem jest fizjologia. Po październikowo-listopadowych przejściach z Katedrą Fizjologii miałam pewne obawy co do tego przedmiotu. Okazało się jednak, że to jeden z najnormalniejszych i z całą pewnością najbardziej „medyczny” ze wszystkich przedmiot. Tajemnicze algorytmy i regulaminy to jedno, ale wyniki sprawdzianów są całkiem niezłe, nawet bardzo niezłe :) Cóż – na pierwszym roku wyniki rzędu 80% były raczej domeną „zerówkowicza ze wszystkiego”, a nie przeciętnego studenta. Poza tym mocno praktyczne ćwiczenia, przeplatane czasem aspektami klinicznymi, przypominają nam, co tak właściwie studiujemy. Bo na drugim roku łatwo zapomnieć.
W moim obecnym cukierkoworóżowym nastroju – mózg mi się przed sesją przegrzał...? :) – musi być jednak pewne ale. Ale to oczywiście biochemia, odwieczne utrapienie studentów mojej Alma Mater. Starosta jednej z grup, który był na radzie wydziału czy czymś podobnym, przekazał nam, że z przedmiotu Biochemia zagrożonych niedopuszczeniem do egzaminu jest 86 osób, czyli prawie połowa roku. Jako że z przedmiotu Biochemia nie jest przewidziane coś takiego jak warunek, na dzień dzisiejszy mogą wypierdolić tyle właśnie osób... Jesteśmy „najgorszym rocznikiem od czterdziestu lat” i tak dalej... A, i nie chodzimy na wykłady. To jest akurat prawda, tłumu osób nie widuję, powiem więcej, niektóre wykłady biochemii przegrywały w tym semestrze nawet z przedmiotami ogólnie niecieszącymi się popularnością, jak np. higiena. Wina leży pewnie pośrodku, tylko że my jesteśmy studentami...
No ale znowu narzekam, taka moja głupia przypadłość...
W szkole zawsze robiliśmy rankingi nauczycieli pod koniec roku. Na studiach można by zrobić pod koniec semestru ze względu na to, że większość przedmiotów już się kończy. Tyle że oceniane osoby z Uczelni mogłoby zostać szybko zlokalizowane – internet jest wbrew pozorom bardzo ciasny :) - i przez to zlokalizowany zostałby mój blog. A ja wolę jednak pozostać w miarę anonimowa :)
czytaj resztę »Rozterki biofizyczne
2010-01-09 01:01:26
Nie miałam ostatnio weny do pisania, święta nie sprzyjały siedzeniu przed komputerem, a kolokwia nie zachęcały do dumania nad moimi blogowymi wypocinami :) Wykaraskałam się, nawet nie zamierzam już rzucić w ch*j medycyny i iść na coś innego, co zdarzało mi się nader często przez ostatnie półtora roku. Liczę dni do sesji i, niestety jakże krótkich, ferii.
Zima jak co roku zaskoczyła drogowców, a GUMed jak co dzień zaskoczył studentów... Tym razem poszło o plotkę dotyczącą zerówki z biofizyki. Kwestia możliwości pisania egzaminu w pierwszym terminie po niezaliczeniu zerówki podzieliła studentów na „na pewno nie można”, „na pewno można”, „o Boże, o Boże, co teraz zrobię?” i „mam to w dupie, i tak nie piszę”. Ja obstawiałam, że można. Nie dlatego, że tak bardzo ufam w dobroduszność i prostudenckie podejście pracowników mojej wspaniałej uczelni. Bynajmniej. Po prostu wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto coś tam usłyszy, dowie się od studenta trzeciego, czwartego czy piętnastego roku, że w latach 90-tych to ktoś zrobił tak, a nie inaczej i rozpowiada z niezachwianą pewnością w głosie mrożące krew w żyłach informacje.
Znajomy się wkurwił, poszedł tam i się po prostu zapytał. Można. Po wielu dociekaniach i śledztwach doszliśmy, kto, co i po co. Oczywiście: „no bo któryś rocznik nie mógł pisać pierwszego terminu, to myślałem, że...” No właśnie: myślałem....
Zbliża się termin zaliczania niezmiernie porywającego przedmiotu, jakim jest historia filozofii. Przedmiot wydawał mi się ciekawy, dopóki się nie zaczął... Eufemistycznie mówiąc, cud dydaktyczny to to nie jest... W każdym razie mamy napisać jakieś referaty o zadanej filozofii współczesnej. Poczytałam sobie główne założenia tego nurtu, ogólnie kto, co i po co. I po parunastu stronach tego pseudonaukowego bełkotu o niczym wymiękłam. Zauważyłam, że przez cały czas przewija się pewna liczba trudnych, długich i mądrze brzmiących słów w różnych konfiguracjach, opisujących zarówno koncepcje „mojej” filozofii, jak i jej przeciwników. Czasem w różnej kolejności, czasem z przedrostkiem pseudo, w każdym razie – tragedia... Moja mama stwierdziła, gdy opowiedziałam jej o tym (a sama miała na studiach ów przedmiot, w dodatku, jako że studia były typowo humanistyczne, w nieco rozszerzonej, w porównaniu z moją, wersji) „Filozofowie mniej więcej od Oświecenia nie mają już za bardzo o czym pisać... Nic nowego nie wymyślą. Współczesne teksty filozoficzne to chyba depresja z niemocy twórczej...”
Co do spraw bardziej przyziemnych – zaczęłam ostatnio doceniać Galerię Manhattan :) Jakaś odmiana od Bałtyckiej, ciekawe, że w zeszłym roku byłam tam... raz. A po drodze...
czytaj resztę »Listy
2009-12-06 03:10:37
No dobrze. Wróciłam. Trochę mnie nie było - problemy zdrowotne i problemy uczelniane. Pół Uniwersytetu miało grypę, ja również (chociaż, mając na względzie ostatnie medialno-polityczne szaleństwa, nie powinnam chyba o tym pisać...) W każdym razie leżałam w łóżku, a moja dieta ograniczała się do wpychanego w siebie, bliżej nieokreślonego pożywienia i tabletek na ból głowy. Wybierałam się po jakiś Gripex czy cokolwiek, ale nie miałam siły tyłka ruszać. Przynajmniej na Uczelnię zaglądałam rzadko, więc nie pozarażałam kolejnych ludzi... Chodzą tacy kaszlący, kichający, a później chorzy studenci, wykładowcy i każdy, kto w ten nasz skażony teren się zapuścił. A potem? Kolokwia, zaliczenia, wejściówki, biochemia, fizjologia... I wstawanie co rano. A potem? Potem był kilometrowej głębokości dół i, za namową mojej nieocenionej mamy, czekoladowa terapia :) (a w szafie obcisła spódniczka na Sylwestra już czeka... ojeeej...) A teraz? Regeneruję siły po kolokwium, przepraszam – repetycji, z biochemii, naszego ulubionego przedmiotu. Do tego tygodnia miałam jeszcze nadzieję, że te opowieści o naszej Katedrze Biochemii są chociaż trochę przesadzone. Nadzieja ponoć umiera ostatnia... Moja umarła parę dni temu.
Korci mnie, żeby odpuścić sobie wykłady z biochemii. Albo jestem zmęczona, albo średnio słucham, bo mnie jeszcze trochę po tej grypie w uchu kłuje, w każdym razie slajdologia nie jest dla mnie motywacją... Ale obecnie są z prof. Ś., u którego da się usłyszeć coś poza opisem kolejnego cyklu, który jest na slajdzie, więc chodzę. Byłam nawet na ostatnim wykładzie z biologii, na którym prof. puścił listę... Ludzie panikują, ale podobna sytuacja wystąpiła już w zeszłym roku na jednym z wykładów z histologii i jakoś nikt nic później o owej liście nie słyszał.
Co do list – ktoś z grupy środowej na równie ciekawej jak biochemia filozofii wpisał koleżankę na listę nie zauważywszy, iż jej nazwisko widnieje parę linijek wyżej :) Według mnie jednak szanse, że ktoś się tym wielce przejmie, są niewielkie, jako że dr ślepy nie jest i raczej widzi, że w każdej grupie jest jakieś 10-20 osób więcej niż na sali. Nie zdziwiłabym się, gdyby nagle jedna osoba odnalazła swoje nazwisko na listach z kilku różnych terminów w danym tygodniu...
Słyszałam, że na Politechnice liczą, zdjęcia robią i to i tak nic nie daje. Student to student – zawsze sobie poradzi, jeśli chodzi o opierdalanie się :)
czytaj resztę »Nauka?
2009-11-04 00:30:19
W życiu podjęłam – jak pewnie każdy zresztą - wiele dziwnych decyzji. Jedną z nich było pójście na te studia. Taki z dupy wzięty pomysł w liceum. Bo ciekawy zawód. Bo ambitny. Bo można pomóc. Takie tam. Było o tym zresztą w pierwszym poście.
Teraz się waham. Znowu. Pamiętam, jak rozmawialiśmy w szkole ze studentem medycyny – absolwentem naszego liceum. Opowiadał nam o kołach, straszył nas ilością materiału na pierwszym roku, szpilkami, stresem. Ci, co wybierali się na medycynę mieli błysk w oku – łał, trupy, wielkie księgi, kucie... Takie prawdziwe studencko-medyczne życie! A ja siedziałam przytłoczona tym wszystkim i myślałam sobie „jasna cholera, w co ja się pakuję... W życiu nie dam rady!” W czasie wakacji, gdy już oficjalnie miałam zostać studentką, zajrzałam do Pituchowej i Bochenka, tak dla porównania, obejrzenia, zapoznania się z tym, co będę miała niby umieć. I po raz drugi myśl „w co ja się pakuję...” Ale i tak byłam pełna entuzjazmu: w końcu studentka – to brzmi dumnie :) Entuzjazm minął, nadeszła rzeczywistość. I nauka.
To zabrzmi dziwnie. Może głupio. Może śmiesznie. Może na medycynie to herezja. A może nie. Od początku ile mogłam, starałam się zrozumieć. Siedziałam dłużej nad książkami, czasem kosztem snu, a czasem nienauczonych paru stron, żeby wytłumaczyć sobie: dlaczego. Dlaczego ten mięsień zgina w tym stawie. Dlaczego uszkodzenia tego nerwu powodują to i tamto. Jak idzie ta tętnica, czy razem z nią przebiega żyła, nerw. Anatomii uczyłam się razem z embriologią, podobnie histologii. Rozwojowo, czynnościowo, topograficznie.
Podobnież szeroko opisywanej przeze mnie fizjologii uczę się na logikę. Na logikę, bo jako „ścisłowiec” po prostu nie potrafię tak po prostu wkuć dużej ilości materiału. Owszem, nazwy białek z histologii, część anatomii, tygodnie z embriologii – nie wszystko dało się łatwo wyjaśnić. Ale nad tym posiedziałam i było ok. Owszem, czasem cierpiały na tym moje stopnie, na przykład, gdy na kolokwium z anatomii nie potrafiłam dokładnie wyliczyć mięśni czy naczyń, gdyż miałam mniej czasu na nauczenie się ich wszystkich. Jednak wiem, że dzięki rozumieniu niektórych zagadnień byłam w stanie odpowiedzieć na egzaminach na pytania, na które nie znałam na pierwszy rzut oka odpowiedzi.
Tylko że wiem, iż odwlekam nieuniknione. Że będę kiedyś musiała przysiąść i wkuć na debila te parę(naście, dziesiąt) stron. I że nie dam rady. Bo mój mózg się zbuntuje: o co tu chodzi? Co? Jak? Dlaczego to wygląda tak a nie inaczej? BO TAK. Bo tak ktoś odkrył/nazwał/napisał/zarządził. A ja przez paręnaście lat życia, gdy wiązałam jeszcze przyszłość z naukami ścisłymi, uczyłam się rozwiązywać problemy, uczyć się przez zrozumienie, przez samodzielne myślenie i ewentualne zapamiętanie wzoru czy twierdzenia. Powtarzano mi: nie warto zakuwać, trzeba znać przyczynę! Wzoru najłatwiej nauczyć się, samemu go wyprowadzając.
Jak to się przydaje na medycynie?
Hmmm...
czytaj resztę »Fizjologia
2009-10-25 22:29:12
No i batalia oficjalnie zakończona. Chociaż zapewne potrwa do czerwca, a dla niektórych studentów jeszcze rok dłużej. Szaleństwa niby nie ma, szef Katedry usunął kilka punktów regulaminu, z czego de facto na usunięciu dwóch konkretnych nam zależało. O możliwych plusach i minusach usunięcia owych punktów pisać nie zamierzam, jako że obiektywnie nikt się jeszcze temu nie przyjrzał. Dr W. zachwalał regulamin jako jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, niezwykle korzystne dla studentów. Studenci, szczególnie starsi (nasze wyrocznie od "macie przesrane, a będzie jeszcze gorzej"), twierdzili coś zgoła innego.
Po pierwsze - punkty ujemne. Punkty ujemne nie mogą mieć ponoć wpływu na zaliczenie przedmiotu, a miały, ponieważ były przyznawane na sprawdzianach. Sprawdziany były kolokwiami, ale nimi nie były, bo na kolokwiach nie może być ujemnych punktów, gdyż ocena z nich ma wpływ na zaliczenie przedmiotu.
Po drugie - słynny już na naszej uczelni Paragraf 22: „W przypadkach szczególnych, które ze względu na bogactwo zdarzeń życiowych nie dają się przewidzieć, Kierownik Katedry może podjąć decyzje – zarówno na korzyść jak i na niekorzyść Studenta - wykraczające poza literę niniejszego regulaminu” Punkt ten wzbudził największe kontrowersje, gdyż dr W. twierdził, iż pomagał on niektórym studentom zdać egzamin, mimo że zgodnie z regulamine go nie zdali, zaś w kręgach studenckich krążyły legendy o rzeszach studentów udupianych na kolokwiach z powodu zmiany oceniania/formy/czegokolwiek.
Ogólnie z tego wszystkiego najlepsze jest to, że największy opierdziel dostała starościna. Głównie od studentów. Że niby nie konsultowała ze starostami, że nie myślała, że działała na własną rękę i wymyśliła sobie to wszystko, a my będziemy cierpieć. Prawda jest taka, że ilu starostów rusza dupę na zebrania i robi cokolwiek w związku z pełnioną fonkcją wiedzą chyba wszyscy. Ja też, choć starostą nie jestem. No ale taka mentalność niektórych kretynów. Jak nikt nic nie zrobi, to jest źle i dlaczego nikt nie interweniuje. Jak ktoś coś zrobi to jest źle i po co, przecież będą kłopoty. Sami nic, ale jak coś się dzieje to ho, ho! nasze rodzime polskie narzekactwo aż w nich kipi. I co by potem się nie stało, to powiedzą "a nie mówiłem?"
czytaj resztę »Europeistyka
2009-10-09 01:04:36
Rozpoczęła się dziwna, można powiedzieć niepokojąca, batalia z Katedrą Fizjologii. Rzecz tyczy się regulaminu, który jest nie tylko niezwykle zawiły, ale ponoć też mniej korzystny niż w zeszłym roku. Nie wiem jak jest naprawdę, nie wgłębiałam się, ale w opinii starostów konieczna była interwencja i machanie Katedrze przed nosem regulaminem Uczelni. Oby nie była to zbyt pochopna decyzja, bo konsekwencje wojny z Fizjologią mogą odczuć (i pewnie odczują) wszyscy studenci. Trzeba czekać i zobaczyć, jak sprawy się potoczą. Oby w korzystnym dla nas kierunku.
A tak z innej beczki, jakiś tydzień po przeprowadzce dopadło mnie przeziębienie. Jak zresztą wielu innych studentów mojej uczelni. To chyba efekt tutejszych „mrozów”, bo w moim mieście było o niebo cieplej i z przyzwyczajenia przewędrowałam kilka pierwszych dni w dość letnim ubraniu :) Skończyło się bolącą twarzą: najpierw – jak mi się wydaje - V2 i V3, potem V1... Może coś jeszcze z tej anatomii pamiętam? :)
Znajoma, powiedzmy – X, ze stron rodzinnych zadzwoniła wczoraj do mnie, bo pogadać o naszych „drugich rokach” (X studiuje na innym lecz również absorbującym kierunku). W pewnym momencie rozmowa zeszła na naszą koleżankę Y. X poruszona do głębi opowiadała, że Y „prawie w ogóle nie ma zajęć. Parę godzinnych wykładów w tygodniu”. Do tego gdy wraca do domu, ma wolne. Y studiuje europeistykę. To mi przypomniało pewną znajomą z kierunku z serii ”przyjmujemy każdego, kto zdał maturę, tylko błagamy: przyjdźcie!”, która, gdy ją poznałam, uczyła się do piątej (!) poprawki zaliczenia. Chociaż czy się uczyła? Przecież zawsze może zdawać jeszcze raz, a kiedyś musi się w końcu udać...
Ale wiecie, co mnie motywuje? Taki pewien pacjent z moich praktyk. Pacjent psychiatryczny, który trafił na nasz oddział z zupełnie innego powodu. Pacjent, o którym lekarze i pielęgniarki mówili, używając słów rodem ze szkolnego korytarza. Pacjent, do którego przydzielili mnie, studentkę, ponieważ pielęgniarkom nie chciało się pilnować kogoś, kto nie chce leżeć spokojnie, ucieka z sali, i nie słucha poleceń. Czy komuś, kurna, przyszło do głowy, żeby zastanowić się: dlaczego? Czy ktoś nie mógł, zamiast zamykać go samego w sali, poświęcić trzy minuty (tak, tyle czasu to zajęło) by zatrzymać się przy nim na chwilę i wpaść na to, że pacjent po prostu NIE MA POJĘCIA, GDZIE SIĘ ZNAJDUJE? Wystarczyło spokojnie, nie opierdzielając go za to, że łazi po oddziale, jak mu nie każą, wyjaśnić mu, gdzie jest i dlaczego. Do czasu opuszczenia oddziału nie opuścił swojej OTWARTEJ JUŻ sali. Kropka.
Nie twierdzę bynajmniej, że mam powołanie czy coś tam. Słowo to dla każdego oznacza coś zgoła innego i nonsensem jest wykłócać się, kto je ma, a kto nie. Po prostu każdy taki przypadek wart jest tej nieprzespanej nocy, tej bieganiny po dziekanatach, tej gorączki przedegzaminacyjnej... I mam w dupie wszystkich, którzy pomyślą teraz o mojej naiwności, marnych zarobkach czy bluzgających, rzygających pijakach. Mam w dupie roszczeniowych i moherowych. Mam w dupie, bo jestem na drugim roku i jeszcze mogę :)
czytaj resztę »Doktory
2009-10-03 17:55:12
Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.
Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!
Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.
Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.
Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.
Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?
