Posty z kategorii: "studia"


Życie studenta

2011-10-03 20:51:20

Od paru dni kurczowo trzymam się myśli, że mentalnie dla wielu osób wakacje jeszcze się nie skończyły. Że - tak jak w starych dobrych szkolnych czasach - pierwszy tydzień to było błogie opierdalanie się, nieświadomość i wpatrzone nieprzytomnym wzrokiem w tablicę twarze ludzi, którzy myślami byli jeszcze w słonecznej Grecji czy ciepłym jeziorze. Ale wiem, po prostu wiem, że niedługo dopadnie mnie kryzys. Świadomość, że to już jest koniec spadnie na mnie jak lodówka z batonikami Kinder(czy co to tam jest) w reklamie ;) Moje pierwsze zajęcia w systemie blokowym uznaję za rozpoczęte. Asystent chyba z dydaktyką ma trochę wspólnego od jakiegoś czasu - a może po prostu pamiętał swoje studenckie dylematy? - i nie pytał, potłumaczył i puścił wcześniej do domu. A raczej na wykład z farmakologii... Czyli przedmiotu - fatum w tym roku...
Blog miał mi służyć jako miejsce, gdzie wylewam swoje frustracje. Anonimowo. No może nie całkiem anonimowo, w końcu prędzej czy później każdego da się "wytropić", jednak na pierwszy rzut oka nie wiadomo, kim jestem. Taką mam przynajmniej nadzieję :) W pierwszym poście umieściłam "historyjkę" o dziewczynce i osiągnięciu celu. O tym, że gdy osiągnie się cel, może okazać się, że ważniejsza była sama mdroga niż jej koniec. I mam poczucie, że teraz żyję w zawieszeniu. Żyję w tym "celu", którym było studiowanie medycyny i który osiągnęłam. Punkt końcowy, który miał być momentem, a rozciągnął się na lata. Na tych studiach da się żyć w zawieszeniu. Bywają momenty gorsze, jak dla mnie drugi rok, gdy nie za bardzo wiedziałam, co robię i co się ze mną dzieje... Są momenty, gdy wie się, iż nic innego nie chce się robić. Takie, gdy myśli się, żeby spierdolić na cokolwiek innego. I takie, gdy słyszy się od pacjenta coś miłego :)
Ale to wszystko jest chwilowe. To wszystko to "życie studenta", które sobie trwa, toczy się od kolokwium do kolokwium, od wyjazdu do domu do imprezy. zamiast dni liczy się zaliczenia, zamiast nocy - przeczytane książki.
Niektórzy, pewnie większość, widzi w tym drogę do celu numer dwa - do zawodu lekarza. Dlaczego ja utknęłam na poziomie dnia dzisiejszego? Boję się powtórki z rozrywki? Tego, że jeśli zapragnę osiągnięcia celu - dyplomu, to straci on dla mnie swoją nadprzyrodzoną wartość z chwilą, gdy stanie się rzeczywistością? A może po prostu podświadomie moja zdolność do marzeń, wyobrażania sobie, jak to będzie fajnie, została zepchnięta gdzieś w głąb przez strach przed pracą, przed odpowiedzialnością?
Zastanawiam się czasem, patrząc na tłum studentów, jak oni do tego podchodzą... Przeglądam sobie czsasem blogi i czytam opinie, wynurzenia, opowieści ze studiów. Ale nieczęsto zdarza się czytać o osobie ;) Znam osobiście autorów dwóch blogów stricte studencko-medycznych i cóż, widzę przepaść :)

czytaj resztę »

Dodane w studia , inne | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Lato, lato

2011-06-12 19:06:00

Siedzę w domu i podziwiam lato, które nagle pojawiło się jakiś czas temu. Jak zwykle w czasie sesji porządny student myśli o wszystkim poza sesją, tak więc pojawiam się znów na blogu.

Egzamin z interny. Egzamin z pediatrii. No, z propedeutyki interny czy pediatrii, ale... coż... to już brzmi lepiej niż biofizyka, prawda?

Nie mogę uwierzyć, że już połowa studiów za mną. Że jeszcze połowa przede mną. TYLKO połowa. Jak sobie pomyślę, ile umiałam trzy lata temu, ile umiem teraz (oczywiście pomijam znajomość cyklu Krebsa wzorami... chociaż polemizowałabym, czy mogę jeszcze użyć umiem w czasie teraźniejszym), to zastanawiam się, ile będę umieć za kolejne trzy lata. Słyszałam, że teoretycznie dużo. Praktycznie nie ;) Ale co ja tam wiem :)

Nie wiem, czego się uczyć. To sprawia mi ostatnio największą trudność. Siedzę nad taką interną: wszystko wydaje się proste i logiczne, objawy oczywiste, przyczyny chorób same się nasuwają w trakcie czytania. A potem patrzy się człowiek na pytania i nie wie, o co im właściwie chodzi. Liczy przeczenia w zdaniu, rozważa, co właściwie w pytaniu jest tezą i co z czego wynika, gdyż w pytaniach o związek przyczynowo-skutkowy przyczyna i skutek bywają zamienione, więc nie wiadomo, czy to haczyk, czy może po prostu niedopatrzenie.

A tak z innej beczki.

Może jestem jakaś dziwna, moża za mało jeszcze w życiu widziałam, ale nie denerwują mnie tak bardzo ludzie, którzy chcą iść na medycynę ze względu na pasję, zainteresowania, powołanie czy Bóg wie, co tam jeszcze. Ktoś napisze coś takiego w liceum, to od razu rzucają się tłumy znawców wszystkiego, od razu ciskają gromy, obśmiewają, nie zostawiają suchej nitki na światopoglądzie piszącego. Uświadamiają, nie ważne, że na siłę. Nie ważne, że szufladkują człowieka, ponieważ śmiał zbliżyć się do elitarnewj grupy Ludzi Związanych z Medycyną i Świadomych PRAWDY!

Oczywistym jest, iż osoba znająca pracę lekarza z filmów, książek czy z wizyt u rodzinnego ma niewielkie pojęcie o tym zawodzie. Że mówiąc o swoich zainteresowaniach, mówi raczej o wyobrażeniach związanych ze studiami, pracą, wiedzą, jaką będzie musiała nabyć.

Ale... co z tego?!

Jeśli ktoś ma wybór, to musi podjąć decyzję, w czym siebie widzi. Jeden będzie wolał zostać lekarzem i pójdzie na medycynę, inny tłuc wzory i pójdzie na matmę czy fizykę. Czy to "to"? Okaże się. Nie zauważyłam, żeby ktokolwiek odwodził kogoś od podjęcia innych studiów, bo "nie wiesz, jak to jest być X" Może to ze względu na specyfikę zawodu, może chodzi o pewną dysproporcję między tym, czego się oczekuje, a tym, jak naprawdę wszystko wygląda od środka. No ale ludzie... Można komuś powiedzieć "słuchaj stary, wiesz, to nie wygląda jak w Housie, ale spoko, idź się przekonaj!" A nie "Ty idioto, jak możesz być tak głupi, przecież nic nie wiesz o medycynie, NA PEWNO wydaje ci się, że to Na dobre i na złe, a to polska służba zdrowia, hahaha!"

czytaj resztę »

Dodane w studia , opinie | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Czy

2011-03-05 21:42:15

Różnica między pesymistą i optymistą polega na tym, że optymista wie, iż jest optymistą, natomiast pesymista myśli, że jest realistą. Przynajmniej w moim otoczeniu. Może wynika to z naszej skłonności do narzekania. Może z tego, że gdyby pesymista przyznał, iż realistą nie jest, oznaczałoby to, że może być gorzej. A to przecież niemożliwe. Taki dziwny wstęp do kolejnego wpisu. W sumie z dupy wzięty i nie wiadomo, jak łączący się z całością, ale że mnie natchnęło, to napisałam :)

Na uczelni trochę z dupy nas potraktowali. A to zdziwienie... Chodzi o kolokwium z EKG, które jakaś połowa grup zdała na 4-5, no ewentualnie 3, nie zdały jednostki, a druga połowa spierdoliła. Tam zdały jednostki. No może nie aż tak źle, chociaż w jednej z grup zdało bodajże pięć osób na dwadzieścia. Oceny tak do 4 może. Mi akurat się poszczęściło, jakoś utrafiłam w pytania i mimo że nie czuję się jakaś mocna w interpretowaniu szlaczków, a do tego pisałam w tej mniej szczęśliwej połowie - zdałam. W ogóle na trzecim roku dochodzę do wniosku, że coraz częściej opłaca się mieć więcej szczęścia niż rozumu. Czy to dobrze wróży na przyszłość - nie wiem.

Dziwnie sprawa się ma z fizjologią, którą w zeszłym roku niemalże wynosiłam pod niebiosa, pomijając oczywiście afery z regulaminem. Okazało się, że szef Katedry tak zachwycił się naszym genialnym i cudownym rocznikiem, że bardzo przecenił następny. Zmienił na przykład kryteria oceniania (oczywiście to tylko na korzyść studentów - bo nasza Uczelnia pieprzy matmę i mieć -1 za złą odpowiedź jest dużo korzystniej niż -0,4). Nie wiem, co jeszcze, w każdym razie efekt jest jaki jest - co poniektórym grozi niedopuszczenie do egzaminu (niedopuszczeń w zeszłym roku też nie było). Jakimś cudem mnie to ominęło... I znowy wychodzi, że mam szczęście.

Chyba ów optymizm z pierwszego akapitu się jednak pojawił. Szok!

Coraz bardziej mnie przeraża wizja zostania sam na sam z pacjentem, co z pewnym prawdopodobieństwem za parę lat będzie miało miejsce. Dziwnie się z tym czuję, niepewnie. Wiem, że tego chcę, ale mimo to jestem pełna obaw. Jak na razie jedyne życie, za które byłam odpowiedzialna, to świnka morska (przeżyła) :) Nie jestem pewna, czy w odpowiedniej chwili będę w stanie uruchomić wiedzę wyniesioną ze studiów. Czy będę tę wiedzę posiadać. Czy przy pierwszym "ostrym" pacjencie będę potrafiła podjąć decyzję. Czy chociażby się ruszyć... Czy poradzę sobie ze stresem. Pamiętam, jak się czułam, gdy na praktykach zmarła pacjentka, którą się zajmowałam, z której wynikami biegłam po lekarza, żeby zajęli się nią jak najszybciej. Przemiła pacjentka, która do końca była pogodna i cieszyła się, że jest w dobrych rękach, że ktoś się nią zajął. Martwiła się tylko, że w domu bałagan, że wnuki...

Czy będę w stanie sobie z tym poradzić? A jeśli nie? Czy spróbuję jeszcze raz? Wszystko od zera? "Od matury"? Czy będę sobie potrafiła powiedzieć w twarz, że to nie moje miejsce na Ziemi?

czytaj resztę »

Dodane w studia , inne | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Dom

2011-02-12 22:58:06

Huh aż chciałoby się napisać "jak dawno mnie tu nie było", ale to byłoby powtarzanie się, być może nawet wielokrotne. Dlatego nie napiszę ;) Ogólnie trzeci rok jest z deczka ciężki, nie żeby zapierdalanie na całego (to może mieć miejsce w drugim semestrze, gdyż plan zajęć nieco mi się rozrasta), ale dużo, dużo... Jak wspominałyśmy sobie z dziewczynami dobre czasy, gdy człowiek narzekał na dwa koła w jednym tygodniu... Teraz zdarzają się trzy, w porywach cztery i cały czas coś się czai, nie ma, że miesiąc czekania, aż coś zacznie się dziać. Normalnie człowiek czuje, że żyje.

Tak wiem, że piszę, jakbym była na dopalaczach. Ale cały poprzedni rok z niewiadomych przyczyn przymulałam i cierpiałam na syndrom tęsknoty za domem i za robieniem świra z przyjaciółką z liceum (pozdrawiam cię wariatko!) i teraz muszę się wyżyć chyba, odrobić niedobory ruchowe i emocjonalne, zastanowić się, co chcę robić w życiu poza pracą, pracą, pracą. Bo nie ma co się oszukiwać, nie poszłam na te studia, żeby w przysżłości nie mieć za co dzieci wykarmić, a to oznacza, że podejście luz blues i opierdalajmy się razem nie przejdzie. Ostatnim razem produkowałam się, że na studiach zaczyna być lepiej, ciekawiej, przyjemniej. Tak więc teraz nie zamierzam się rozpisywać na ten temat. Zaczynam jednak dobrze czuć się w Moim Nowym Mieście. Naprawdę dobrze czuć. Spacerować. Jeździć na imprezy. Zaczynam lubić to miejsce. Jest postęp. Jest i druga strona medalu. Moja Stare Miasto, które tak kocham i za którym do dziś tęsknię, staje mi się coraz bardziej obce. Umówiłam się z przyjaciółką na pizzę i nawet nie pamiętałam, gdzie można iść. Dziwnie się czuję, nie mogąc dojechać prawie wszędzie tramwajem. Wchodzę do sklepów, w których robiłam zakupy za czasów szkolnych i się gubię. Bo "u mnie" jest inaczej. Długo przyzwyczajam się do nowych miejsc, ale jak już uznam coś za Dom, to zapominam o poprzednim, teraz to jest "moje", nie tamto.

Podobnie mam z ludźmi. Po zakończeniu znajomości, nawet przyjaźni, budzę się pewnego dnia i myślę "XY? Kto to był w ogóle?..."

Wybrałam studia de facto z przypadku. I dobrze się tu czuję. To jest to, co chcę robić, co mnie kręci. Wybrałam miasto jeszcze bardziej z przypadku. I zaczynam należeć do tego miejsca. Dochodzę do wniosku, że im mniej przemyślana decyzja w mom życiu, tym bardziej trafna się okazuje. To nie są jedyne przykłady. Oczywiście mam na myśli decyzje, które miały duży wpływ na to, kim jestem, gdzie jestem, co robię. Że siedzę teraz przed komputerem w moim pokoju w wynajętym mieszkaniu, słucham szumu ulicy, który uwielbiam i zastanawiam się, czy będą nas gnoić na socjologii (słyszałam takie opinie o tym przedmiocie) czy plotki okażą się nieprawdziwe (oby...). I jakiejś kosmicznej mocy chyba dziękuję za podjęte decyzje, bo prawie zdecydowałam się swego czasu na studiowanie kierunku, będącego znaną kuźnią bezrobotnych, tudzież pracowników sklepów typu Biedronka. A kieruneki numer dwa, jak się ostatnio okazuje, to pomysł kosztowny. Niby nie, jak się zaczęło, nie skończyło, ale skończy,... Tyle że jaka polityka polska jest, każdy widzi. Tyle że lepsza niż egipska ;)

czytaj resztę »

Dodane w studia , inne | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Student? Hmmm...

2010-11-18 00:30:33

Tak się zastanawiałam, czy ten rok będzie inny, czy da się odczuć, ża jesteśmy na trzecim roku. Czy zmieni się coś więcej, niż budynki, w których mamy zajęcia. Doszłam do wniosku, że różnica jest. Bardzo subtelna, ale jest. Skończyliśmy być Gównem i Panem Gówno, a zawitaliśmy w październiku na naszej Alma Mater już jako Studenci, jak to wyczytałam kiedyś w klasyfikacji przyszłych doktorów. ;) Nie wiem, czy traktowanie nas zmieniło się jakoś bardzo, ale w sumie zależy, co rozumie się pod pojęciem Student :) Bo na większości uczelni jest to nadal synonim gówna. Lepiej może będzie napisać, że przestali nas taktować, jak dzieciaczki, którym trzeba udowadniać koniecznie, że studia na kierunku lekarskim, to nie jest robienie za House’a, tylko rycie, rycie, rycie plus praktyka. Asystenci przestali dowcipkować na temat naszego braku mózgu (i nie piszę tu o opieprzaniu nas, że nic nie umiemy i jesteśmy debilami, bo to potrwa pewnie do końca studiów, tylko o traktowaniu nas jako masy Gówien i Panów Gówien, ktorych najlepiej uwalić jak najwięcej, bo miejsca na uczelni nie ma). Traktują nas trochę bardziej, jak ludzi.

Trzeci rok bardziej uczy myślenia. Przynajmniej niektórzy asystenci starają się wplatać jakieś przypadki, które w grupie próbujemmy "diagnozować", na internie asystent stara się wyjaśnć, skąd bierze się dany objaw, odpowiada na pytania. Można z tego skorzystać jeśli się chce. No i właśnie. Skończyła się dla nas "taryfa ulgowa", Nie mamy podręcznika, z którego trzeba się nauczyć i starczy. De facto podręcznik mamy podany jedynie na patomorfologię i diagnostykę laboratoryjną. Czasem trzeba zacząć myśleć. Prawidłowa wersja jest jedna, no czasem kilka, nieprawidłowych mamy continuum.

Ale to takie chwilowe rozważania, bo w przyszłym tygodniu kolokwium z mikrobiologii. Pozdrowienia dla pana wykładowcy, który prowadził dziś wykład całkiem, całkiem ciekawie, ale tak niesamowicie chaotycznie, że chyba sobie notatki potnę nożyczkami na akapity i postaram się ułożyć jak puzzle w kolejności bardziej logicznej :) I do tego miał jakieś slajdy nie na komputerze, tylko z kliszy (?) Nie wiem, nie znam się na tego typu urządzeniach, W każdym razie na pewno nie będzie ich w internecie...

Czy ja za dużo kawy znowu piję, że taka optymistyczna notka mi wyszła? Czy te studia mnie zmieniają? Jeśli tak, to w dziwną stronę :) Może zaczęłam rozmawiać z ludźmi? Nie tylko ze studentami, znajomymi z innych uczelni, ale w szczególności z pacjentami? Może takie "ciepłe słowo" czasem pomaga też mi? Ojej, ale się sentymentalnie zrobiło. Chyba czas spać ;)

A, zapomniałabym: ostatnio znowu poszukiwałam zeszytu w kratkę...

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

Ciąg dalszy

2010-10-09 00:44:16

Ciąg dalszy studiów - rok trzeci. Idę na niego z jakimś takim bardziej pozytywnym nastawieniem, niż na drugi. Jakoś tak bardziej chciało mi się wracać do Gdańska, nawe, nie powiem, tęskno mi było do miejsc i ludzi. No i może nie do nauki, nie do wkuwania tych ton informacji, nie do ziewania na porannych seminariach i bycia opierdalanym przez asystentów - ale do tego klimatu studiów, który jakoś wszedł mi w krew :) Chodzenie grupką w poszukiwaniu obiadu, szukanie ukrytych budynków na klinikach czy też ludzi, którzy wiedzą, gdzie jest Szpital Wojewódzki... Coraz mniej się nami interesują (Zalecany podręcznik? Przecież sami wiecie, z czego wam najlepiej się uczy!), ale jednocześnie powoli, powoli zaczynają traktować jak... no nie jak przyszłych lekarzy, ale jak ludzi ;)

Trzeci rok... A niedawno pisałam, jak szybko przeleciał mi pierwszy...

No i praktyki po drugim roku. Te na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Były... hmmm... ciekawe. Troje najbardziej uprzejmych i ujmujących pacjentów, jakich miałam okazję spotkać: Pan_Bezdomny, Pan_Schizofrenik i Pani_Z_Krwiakami. Do tego upośledzone dziewczynka i jej radość na wieść, iż badania nic złego nie wykazały i nie musi zostawać w szpitalu :) Z mniej miłych akcentów: Pan_Pijak (jeden z wieeelu, ale charakterystyczny, w negatywnym tego słowa znaczeniu), Pani_Z_Nadciśnieniem i inni, a także lekarz, ogólnie - owszem - sympatyczny, ale mógłby dać pacjentowi powiedzieć więcej niż trzy słowa... Może przyzwyczaił się zbytnio do rozgadanych babć, które boli wszystko, a które tak irytują niektórych lekarzy?

Tak na marginesie, to spodobała mi się chyba neurologia ;) Rozmowa z pacjentem, zebranie zwykłego wywiadu, jest nieraz sporym wyzwaniem... Bada sięniby pacjenta, normalnie, ale przy okazji informuje się go, gdzie jest. I że jest chory. Albo słucha pacjenta, który nie potrafi wypowiedzieć co drugiego mniej więcej słowa (o tych, którzy nie komunikują się wcale, już nie wspominam...) Poza tym samo badanie jest ciekawe. Ale jeszcze daleka droga przede mną :)

Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że potrafię słuchać. Że jakoś tak naturalnie jej przyszło zwierzenie się mi (ach te problemy w relacjach damsko-męskich...) Może coś w tym jest? Może dlatego czasem zostawałam z pacjentem, by mógł się wygadać, żeby poczuł się choć trochę lepiej? Może dlatego wolę pacjentów takich, jak w poprzednim akapicie, niż tych połamanych, krwawiących itp.? Ech, studentka - kiedyś przestanę nią być i może wszystko się zmieni? :)

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

1/3

2010-07-04 19:54:07

O matko, ile mnie nie było… Jakoś mi weny brakło, poza tym ten, który mi kiedyś powiedział, że czwarty semestr jest luźny, świetny i nic się nie robi właściwie, to chyba czymś ciężkim w łeb dostał za młodu i mu jakieś naczynka nie te, co trzeba, popękały, bo ja byłam pod koniec czerwca urypana do zgonu. A po powrocie do domu nawet mi się dupska nie chciało ruszyć, żeby praktyki do końca załatwić i do szpitala będę musiała jeszcze zawitać pewnie na dniach.

Ale nic, jest dobrze, powiedziałabym nawet – bardzo dobrze. Namber łan – biochemia (egzamin nawet był do zdania, nie powiem, ale słyszałam, że pierwszy termin dają całkiem całkiem), lektorat namber tu i namber fri – fizjologia, też życiowa. Roczek do przodu i jeśli nie ujebią mnie na praktykach (no co, na tych studiach nigdy nic nie wiadomo) to od października będzie mordowania się ciąg dalszy :) Co ciekawe, o trzecim roku nie słyszałam dobrego słowa jeszcze, a nawet jeśli słyszałam, to utonęło w morzu tych złych :) Ale dobra, dwa lata przeżyłam, przeżyję i trzeci (oby!), w końcu takiego braku weny do robienia czegokolwiek związanego z medycyną, jak na początku drugiego roku już chyba nie uświadczę ;)

Fizjologia nie była taka zła, jako że starości wykłócili się o zmianę regulaminu i nie można było zmieniać zasad oceniania według upodobania, pewnie o tym pisałam już, ale nie chcę mi się przeglądać bloga… Biochemia… uhm… była zła, ale za to egzamin ludzki, zadania otwarte głównie z cukrów, co dało się przewidzieć (przynajmniej mi się udało jakoś intuicyjnie wyczuć zamiary profesora, co  dało mi upragnione zaliczenie). Reszta to cuda wianki, ale wszystko udało mi się bezboleśnie ominąć.

No ok, zaraz wieczór wyborczy, głosowałam, tak więc to będzie pierwszy wybrany przeze mnie prezydent :) Zobaczymy, co z tego będzie. Idę słuchać :)

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Kawa

2010-02-22 20:32:39

Skończyła mi się ulubiona kawa, którą piłam hektolitrami i ze świata marzeń o lekarzeniu znów przywędrowałam do biochemicznego piekiełka. Od zachwytu nad potencjalnymi zastosowaniami praktycznymi zdobywanej wiedzy do ojapierdolęiletego. W złym momencie. Przed dwoma kolokwiami. Wciskam w siebię wiedzę, która bynajmniej nie zamierza tak łatwo dać się wcisnąć, co boleśnie daje mi odczuć szanowny Pan Harper, a jeszcze boleśniej da odczuć Katedra Biochemii. Trochę przeraża mnie wizja posiadania -1 punktu na 14 (po dwóch kolokwiach), jak to zafundował niektórym Szef Katedry, co, jak myślałam, na szczęście mi nie grozi, ale kto wie. Wszystko jest możliwe.

Jako człowiek w medycynie rozeznany niesamowicie i oczytany, strzeliłam sobie ostatnio browarka, zapominając, iż biorę antybiotyki ze względu na choróbsko, które się mnie ostatnio uczepiło. Ogólnie prawie że studenckie życie tutaj kwitnie, może mi się mieszanie leków z alkoholem na mózgowie rzuci i ogólnie z lekka aspołeczna Cellula wyściubi nos z internetowego świata i pójdzie na imprezę, by, jak w domu za starych dobrych czasów, narąbać się i przestać narzekać.

Na razie pozostaje mi imprezować z Harperem i Traczykiem, może Konturka zaproszę, w końcu im większa biba, tym ponoć lepiej. No i pan docent W., który w ramach edukowania młodzieży w zakresie podatności płuc nadmuchuje rękawiczki na wykładzie. Przynajmniej łopatologicznie – tak odpowiednio dla mnie...

 

czytaj resztę »

Dodane w inne , studia | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Pozytywnie

2010-01-23 22:10:12

Żeby nie było, że ciągle narzekam na blogu i opisuję najczarniejsze życiowe scenariusze w związku ze studiami, wyrzucaniem mnie z nich, rezygnowaniem i niezliczonymi wadami Uczelni, napiszę coś bardziej optymistycznego :) Przede mną trzecia sesja. Co w tym optymistycznego? Ano to, że udało mi się przerobić materiał dzień przed zamierzonym terminem. Bez złorzeczenia Katedrze, wyrzekania, jaki to świat zły, a ja głupia :) Mam nadzieję, że z resztą zaliczeń będzie podobnie. Następnym pozytywnym zaskoczeniem jest fizjologia. Po październikowo-listopadowych przejściach z Katedrą Fizjologii miałam pewne obawy co do tego przedmiotu. Okazało się jednak, że to jeden z najnormalniejszych i z całą pewnością najbardziej „medyczny” ze wszystkich przedmiot. Tajemnicze algorytmy i regulaminy to jedno, ale wyniki sprawdzianów są całkiem niezłe, nawet bardzo niezłe :) Cóż – na pierwszym roku wyniki rzędu 80% były raczej domeną „zerówkowicza ze wszystkiego”, a nie przeciętnego studenta. Poza tym mocno praktyczne ćwiczenia, przeplatane czasem aspektami klinicznymi, przypominają nam, co tak właściwie studiujemy. Bo na drugim roku łatwo zapomnieć.

W moim obecnym cukierkoworóżowym nastroju – mózg mi się przed sesją przegrzał...? :) – musi być jednak pewne ale. Ale to oczywiście biochemia, odwieczne utrapienie studentów mojej Alma Mater. Starosta jednej z grup, który był na radzie wydziału czy czymś podobnym, przekazał nam, że z przedmiotu Biochemia zagrożonych niedopuszczeniem do egzaminu jest 86 osób, czyli prawie połowa roku. Jako że z przedmiotu Biochemia nie jest przewidziane coś takiego jak warunek, na dzień dzisiejszy mogą wypierdolić tyle właśnie osób... Jesteśmy „najgorszym rocznikiem od czterdziestu lat” i tak dalej... A, i nie chodzimy na wykłady. To jest akurat prawda, tłumu osób nie widuję, powiem więcej, niektóre wykłady biochemii przegrywały w tym semestrze nawet z przedmiotami ogólnie niecieszącymi się popularnością, jak np. higiena. Wina leży pewnie pośrodku, tylko że my jesteśmy studentami...

No ale znowu narzekam, taka moja głupia przypadłość...

W szkole zawsze robiliśmy rankingi nauczycieli pod koniec roku. Na studiach można by zrobić pod koniec semestru ze względu na to, że większość przedmiotów już się kończy. Tyle że oceniane osoby z Uczelni mogłoby zostać szybko zlokalizowane – internet jest wbrew pozorom bardzo ciasny :) - i przez to zlokalizowany zostałby mój blog. A ja wolę jednak pozostać w miarę anonimowa :)

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

Rozterki biofizyczne

2010-01-09 01:01:26

Nie miałam ostatnio weny do pisania, święta nie sprzyjały siedzeniu przed komputerem, a kolokwia nie zachęcały do dumania nad moimi blogowymi wypocinami :) Wykaraskałam się, nawet nie zamierzam już rzucić w ch*j medycyny i iść na coś innego, co zdarzało mi się nader często przez ostatnie półtora roku. Liczę dni do sesji i, niestety jakże krótkich, ferii.

Zima jak co roku zaskoczyła drogowców, a GUMed jak co dzień zaskoczył studentów... Tym razem poszło o plotkę dotyczącą zerówki z biofizyki. Kwestia możliwości pisania egzaminu w pierwszym terminie po niezaliczeniu zerówki podzieliła studentów na „na pewno nie można”, „na pewno można”, „o Boże, o Boże, co teraz zrobię?” i „mam to w dupie, i tak nie piszę”. Ja obstawiałam, że można. Nie dlatego, że tak bardzo ufam w dobroduszność i prostudenckie podejście pracowników mojej wspaniałej uczelni. Bynajmniej. Po prostu wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto coś tam usłyszy, dowie się od studenta trzeciego, czwartego czy piętnastego roku, że w latach 90-tych to ktoś zrobił tak, a nie inaczej i rozpowiada z niezachwianą pewnością w głosie mrożące krew w żyłach informacje.

Znajomy się wkurwił, poszedł tam i się po prostu zapytał. Można. Po wielu dociekaniach i śledztwach doszliśmy, kto, co i po co. Oczywiście: „no bo któryś rocznik nie mógł pisać pierwszego terminu, to myślałem, że...” No właśnie: myślałem....

Zbliża się termin zaliczania niezmiernie porywającego przedmiotu, jakim jest historia filozofii. Przedmiot wydawał mi się ciekawy, dopóki się nie zaczął... Eufemistycznie mówiąc, cud dydaktyczny to to nie jest... W każdym razie mamy napisać jakieś referaty o zadanej filozofii współczesnej. Poczytałam sobie główne założenia tego nurtu, ogólnie kto, co i po co. I po parunastu stronach tego pseudonaukowego bełkotu o niczym wymiękłam. Zauważyłam, że przez cały czas przewija się pewna liczba trudnych, długich i mądrze brzmiących słów w różnych konfiguracjach, opisujących zarówno koncepcje „mojej” filozofii, jak i jej przeciwników. Czasem w różnej kolejności, czasem z przedrostkiem pseudo, w każdym razie – tragedia... Moja mama stwierdziła, gdy opowiedziałam jej o tym (a sama miała na studiach ów przedmiot, w dodatku, jako że studia były typowo humanistyczne, w nieco rozszerzonej, w porównaniu z moją, wersji) „Filozofowie mniej więcej od Oświecenia nie mają już za bardzo o czym pisać... Nic nowego nie wymyślą. Współczesne teksty filozoficzne to chyba depresja z niemocy twórczej...”

Co do spraw bardziej przyziemnych – zaczęłam ostatnio doceniać Galerię Manhattan :) Jakaś odmiana od Bałtyckiej, ciekawe, że w zeszłym roku byłam tam... raz. A po drodze...

czytaj resztę »

Dodane w studia , opinie | Komentarze 3 , zobacz komentarze

Listy

2009-12-06 03:10:37

No dobrze. Wróciłam. Trochę mnie nie było - problemy zdrowotne i problemy uczelniane. Pół Uniwersytetu miało grypę, ja również (chociaż, mając na względzie ostatnie medialno-polityczne szaleństwa, nie powinnam chyba o tym pisać...) W każdym razie leżałam w łóżku, a moja dieta ograniczała się do wpychanego w siebie, bliżej nieokreślonego pożywienia i tabletek na ból głowy. Wybierałam się po jakiś Gripex czy cokolwiek, ale nie miałam siły tyłka ruszać. Przynajmniej na Uczelnię zaglądałam rzadko, więc nie pozarażałam kolejnych ludzi... Chodzą tacy kaszlący, kichający, a później chorzy studenci, wykładowcy i każdy, kto w ten nasz skażony teren się zapuścił. A potem? Kolokwia, zaliczenia, wejściówki, biochemia, fizjologia... I wstawanie co rano. A potem? Potem był kilometrowej głębokości dół i, za namową mojej nieocenionej mamy, czekoladowa terapia :) (a w szafie obcisła spódniczka na Sylwestra już czeka... ojeeej...) A teraz? Regeneruję siły po kolokwium, przepraszam – repetycji, z biochemii, naszego ulubionego przedmiotu. Do tego tygodnia miałam jeszcze nadzieję, że te opowieści o naszej Katedrze Biochemii są chociaż trochę przesadzone. Nadzieja ponoć umiera ostatnia... Moja umarła parę dni temu.

Korci mnie, żeby odpuścić sobie wykłady z biochemii. Albo jestem zmęczona, albo średnio słucham, bo mnie jeszcze trochę po tej grypie w uchu kłuje, w każdym razie slajdologia nie jest dla mnie motywacją... Ale obecnie są z prof. Ś., u którego da się usłyszeć coś poza opisem kolejnego cyklu, który jest na slajdzie, więc chodzę. Byłam nawet na ostatnim wykładzie z biologii, na którym prof. puścił listę... Ludzie panikują, ale podobna sytuacja wystąpiła już w zeszłym roku na jednym z wykładów z histologii i jakoś nikt nic później o owej liście nie słyszał.

Co do list – ktoś z grupy środowej na równie ciekawej jak biochemia filozofii wpisał koleżankę na listę nie zauważywszy, iż jej nazwisko widnieje parę linijek wyżej :) Według mnie jednak szanse, że ktoś się tym wielce przejmie, są niewielkie, jako że dr ślepy nie jest i raczej widzi, że w każdej grupie jest jakieś 10-20 osób więcej niż na sali. Nie zdziwiłabym się, gdyby nagle jedna osoba odnalazła swoje nazwisko na listach z kilku różnych terminów w danym tygodniu...

Słyszałam, że na Politechnice liczą, zdjęcia robią i to i tak nic nie daje. Student to student – zawsze sobie poradzi, jeśli chodzi o opierdalanie się :)

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 0 , zobacz komentarze

Nauka?

2009-11-04 00:30:19

W życiu podjęłam – jak pewnie każdy zresztą - wiele dziwnych decyzji. Jedną z nich było pójście na te studia. Taki z dupy wzięty pomysł w liceum. Bo ciekawy zawód. Bo ambitny. Bo można pomóc. Takie tam. Było o tym zresztą w pierwszym poście.

Teraz się waham. Znowu. Pamiętam, jak rozmawialiśmy w szkole ze studentem medycyny – absolwentem naszego liceum. Opowiadał nam o kołach, straszył nas ilością materiału na pierwszym roku, szpilkami, stresem. Ci, co wybierali się na medycynę mieli błysk w oku – łał, trupy, wielkie księgi, kucie... Takie prawdziwe studencko-medyczne życie! A ja siedziałam przytłoczona tym wszystkim i myślałam sobie „jasna cholera, w co ja się pakuję... W życiu nie dam rady!” W czasie wakacji, gdy już oficjalnie miałam zostać studentką, zajrzałam do Pituchowej i Bochenka, tak dla porównania, obejrzenia, zapoznania się z tym, co będę miała niby umieć. I po raz drugi myśl „w co ja się pakuję...” Ale i tak byłam pełna entuzjazmu: w końcu studentka – to brzmi dumnie :) Entuzjazm minął, nadeszła rzeczywistość. I nauka.

To zabrzmi dziwnie. Może głupio. Może śmiesznie. Może na medycynie to herezja. A może nie. Od początku ile mogłam, starałam się zrozumieć. Siedziałam dłużej nad książkami, czasem kosztem snu, a czasem nienauczonych paru stron, żeby wytłumaczyć sobie: dlaczego. Dlaczego ten mięsień zgina w tym stawie. Dlaczego uszkodzenia tego nerwu powodują to i tamto. Jak idzie ta tętnica, czy razem z nią przebiega żyła, nerw. Anatomii uczyłam się razem z embriologią, podobnie histologii. Rozwojowo, czynnościowo, topograficznie.

Podobnież szeroko opisywanej przeze mnie fizjologii uczę się na logikę. Na logikę, bo jako „ścisłowiec” po prostu nie potrafię tak po prostu wkuć dużej ilości materiału. Owszem, nazwy białek z histologii, część anatomii, tygodnie z embriologii – nie wszystko dało się łatwo wyjaśnić. Ale nad tym posiedziałam i było ok. Owszem, czasem cierpiały na tym moje stopnie, na przykład, gdy na kolokwium z anatomii nie potrafiłam dokładnie wyliczyć mięśni czy naczyń, gdyż miałam mniej czasu na nauczenie się ich wszystkich. Jednak wiem, że dzięki rozumieniu niektórych zagadnień byłam w stanie odpowiedzieć na egzaminach na pytania, na które nie znałam na pierwszy rzut oka odpowiedzi.

Tylko że wiem, iż odwlekam nieuniknione. Że będę kiedyś musiała przysiąść i wkuć na debila te parę(naście, dziesiąt) stron. I że nie dam rady. Bo mój mózg się zbuntuje: o co tu chodzi? Co? Jak? Dlaczego to wygląda tak a nie inaczej? BO TAK. Bo tak ktoś odkrył/nazwał/napisał/zarządził. A ja przez paręnaście lat życia, gdy wiązałam jeszcze przyszłość z naukami ścisłymi, uczyłam się rozwiązywać problemy, uczyć się przez zrozumienie, przez samodzielne myślenie i ewentualne zapamiętanie wzoru czy twierdzenia. Powtarzano mi: nie warto zakuwać, trzeba znać przyczynę! Wzoru najłatwiej nauczyć się, samemu go wyprowadzając.

Jak to się przydaje na medycynie?

Hmmm...

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

Fizjologia

2009-10-25 22:29:12

No i batalia oficjalnie zakończona. Chociaż zapewne potrwa do czerwca, a dla niektórych studentów jeszcze rok dłużej. Szaleństwa niby nie ma, szef Katedry usunął kilka punktów regulaminu, z czego de facto na usunięciu dwóch konkretnych nam zależało. O możliwych plusach i minusach usunięcia owych punktów pisać nie zamierzam, jako że obiektywnie nikt się jeszcze temu nie przyjrzał. Dr W. zachwalał regulamin jako jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, niezwykle korzystne dla studentów. Studenci, szczególnie starsi (nasze wyrocznie od "macie przesrane, a będzie jeszcze gorzej"), twierdzili coś zgoła innego.

Po pierwsze - punkty ujemne. Punkty ujemne nie mogą mieć ponoć wpływu na zaliczenie przedmiotu, a miały, ponieważ były przyznawane na sprawdzianach. Sprawdziany były kolokwiami, ale nimi nie były, bo na kolokwiach nie może być ujemnych punktów, gdyż ocena z nich ma wpływ na zaliczenie przedmiotu.

Po drugie - słynny już na naszej uczelni Paragraf 22: „W przypadkach szczególnych, które ze względu na bogactwo zdarzeń życiowych nie dają się przewidzieć, Kierownik Katedry może podjąć decyzje – zarówno na korzyść jak i na niekorzyść Studenta - wykraczające poza literę niniejszego regulaminu” Punkt ten wzbudził największe kontrowersje, gdyż dr W. twierdził, iż pomagał on niektórym studentom zdać egzamin, mimo że zgodnie z regulamine go nie zdali, zaś w kręgach studenckich krążyły legendy o rzeszach studentów udupianych na kolokwiach z powodu zmiany oceniania/formy/czegokolwiek.

Ogólnie z tego wszystkiego najlepsze jest to, że największy opierdziel dostała starościna. Głównie od studentów. Że niby nie konsultowała ze starostami, że nie myślała, że działała na własną rękę i wymyśliła sobie to wszystko, a my będziemy cierpieć. Prawda jest taka, że ilu starostów rusza dupę na zebrania i robi cokolwiek w związku z pełnioną fonkcją wiedzą chyba wszyscy. Ja też, choć starostą nie jestem. No ale taka mentalność niektórych kretynów. Jak nikt nic nie zrobi, to jest źle i dlaczego nikt nie interweniuje. Jak ktoś coś zrobi to jest źle i po co, przecież będą kłopoty. Sami nic, ale jak coś się dzieje to ho, ho! nasze rodzime polskie narzekactwo aż w nich kipi. I co by potem się nie stało, to powiedzą "a nie mówiłem?"

czytaj resztę »

Dodane w studia , opinie | Komentarze 3 , zobacz komentarze

Europeistyka

2009-10-09 01:04:36

Rozpoczęła się dziwna, można powiedzieć niepokojąca, batalia z Katedrą Fizjologii. Rzecz tyczy się regulaminu, który jest nie tylko niezwykle zawiły, ale ponoć też mniej korzystny niż w zeszłym roku. Nie wiem jak jest naprawdę, nie wgłębiałam się, ale w opinii starostów konieczna była interwencja i machanie Katedrze przed nosem regulaminem Uczelni. Oby nie była to zbyt pochopna decyzja, bo konsekwencje wojny z Fizjologią mogą odczuć (i pewnie odczują) wszyscy studenci. Trzeba czekać i zobaczyć, jak sprawy się potoczą. Oby w korzystnym dla nas kierunku.

A tak z innej beczki, jakiś tydzień po przeprowadzce dopadło mnie przeziębienie. Jak zresztą wielu innych studentów mojej uczelni. To chyba efekt tutejszych „mrozów”, bo w moim mieście było o niebo cieplej i z przyzwyczajenia przewędrowałam kilka pierwszych dni w dość letnim ubraniu :) Skończyło się bolącą twarzą: najpierw – jak mi się wydaje - V2 i V3, potem V1... Może coś jeszcze z tej anatomii pamiętam? :)

Znajoma, powiedzmy – X, ze stron rodzinnych zadzwoniła wczoraj do mnie, bo pogadać o naszych „drugich rokach” (X studiuje na innym lecz również absorbującym kierunku). W pewnym momencie rozmowa zeszła na naszą koleżankę Y. X poruszona do głębi opowiadała, że Y „prawie w ogóle nie ma zajęć. Parę godzinnych wykładów w tygodniu”. Do tego gdy wraca do domu, ma wolne. Y studiuje europeistykę. To mi przypomniało pewną znajomą z kierunku z serii ”przyjmujemy każdego, kto zdał maturę, tylko błagamy: przyjdźcie!”, która, gdy ją poznałam, uczyła się do piątej (!) poprawki zaliczenia. Chociaż czy się uczyła? Przecież zawsze może zdawać jeszcze raz, a kiedyś musi się w końcu udać...

Ale wiecie, co mnie motywuje? Taki pewien pacjent z moich praktyk. Pacjent psychiatryczny, który trafił na nasz oddział z zupełnie innego powodu. Pacjent, o którym lekarze i pielęgniarki mówili, używając słów rodem ze szkolnego korytarza. Pacjent, do którego przydzielili mnie, studentkę, ponieważ pielęgniarkom nie chciało się pilnować kogoś, kto nie chce leżeć spokojnie, ucieka z sali, i nie słucha poleceń. Czy komuś, kurna, przyszło do głowy, żeby zastanowić się: dlaczego? Czy ktoś nie mógł, zamiast zamykać go samego w sali, poświęcić trzy minuty (tak, tyle czasu to zajęło) by zatrzymać się przy nim na chwilę i wpaść na to, że pacjent po prostu NIE MA POJĘCIA, GDZIE SIĘ ZNAJDUJE? Wystarczyło spokojnie, nie opierdzielając go za to, że łazi po oddziale, jak mu nie każą, wyjaśnić mu, gdzie jest i dlaczego. Do czasu opuszczenia oddziału nie opuścił swojej OTWARTEJ JUŻ sali. Kropka.

Nie twierdzę bynajmniej, że mam powołanie czy coś tam. Słowo to dla każdego oznacza coś zgoła innego i nonsensem jest wykłócać się, kto je ma, a kto nie. Po prostu każdy taki przypadek wart jest tej nieprzespanej nocy, tej bieganiny po dziekanatach, tej gorączki przedegzaminacyjnej... I mam w dupie wszystkich, którzy pomyślą teraz o mojej naiwności, marnych zarobkach czy bluzgających, rzygających pijakach. Mam w dupie roszczeniowych i moherowych. Mam w dupie, bo jestem na drugim roku i jeszcze mogę :)

czytaj resztę »

Dodane w studia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

Doktory

2009-10-03 17:55:12

Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.

Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!

Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.

Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.

Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.

Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?

czytaj resztę »

Dodane w opinie , studia | Komentarze 1 , zobacz komentarze