Fizjologia
2009-10-25 22:29:12
No i batalia oficjalnie zakończona. Chociaż zapewne potrwa do czerwca, a dla niektórych studentów jeszcze rok dłużej. Szaleństwa niby nie ma, szef Katedry usunął kilka punktów regulaminu, z czego de facto na usunięciu dwóch konkretnych nam zależało. O możliwych plusach i minusach usunięcia owych punktów pisać nie zamierzam, jako że obiektywnie nikt się jeszcze temu nie przyjrzał. Dr W. zachwalał regulamin jako jedyne sprawiedliwe rozwiązanie, niezwykle korzystne dla studentów. Studenci, szczególnie starsi (nasze wyrocznie od "macie przesrane, a będzie jeszcze gorzej"), twierdzili coś zgoła innego.
Po pierwsze - punkty ujemne. Punkty ujemne nie mogą mieć ponoć wpływu na zaliczenie przedmiotu, a miały, ponieważ były przyznawane na sprawdzianach. Sprawdziany były kolokwiami, ale nimi nie były, bo na kolokwiach nie może być ujemnych punktów, gdyż ocena z nich ma wpływ na zaliczenie przedmiotu.
Po drugie - słynny już na naszej uczelni Paragraf 22: „W przypadkach szczególnych, które ze względu na bogactwo zdarzeń życiowych nie dają się przewidzieć, Kierownik Katedry może podjąć decyzje – zarówno na korzyść jak i na niekorzyść Studenta - wykraczające poza literę niniejszego regulaminu” Punkt ten wzbudził największe kontrowersje, gdyż dr W. twierdził, iż pomagał on niektórym studentom zdać egzamin, mimo że zgodnie z regulamine go nie zdali, zaś w kręgach studenckich krążyły legendy o rzeszach studentów udupianych na kolokwiach z powodu zmiany oceniania/formy/czegokolwiek.
Ogólnie z tego wszystkiego najlepsze jest to, że największy opierdziel dostała starościna. Głównie od studentów. Że niby nie konsultowała ze starostami, że nie myślała, że działała na własną rękę i wymyśliła sobie to wszystko, a my będziemy cierpieć. Prawda jest taka, że ilu starostów rusza dupę na zebrania i robi cokolwiek w związku z pełnioną fonkcją wiedzą chyba wszyscy. Ja też, choć starostą nie jestem. No ale taka mentalność niektórych kretynów. Jak nikt nic nie zrobi, to jest źle i dlaczego nikt nie interweniuje. Jak ktoś coś zrobi to jest źle i po co, przecież będą kłopoty. Sami nic, ale jak coś się dzieje to ho, ho! nasze rodzime polskie narzekactwo aż w nich kipi. I co by potem się nie stało, to powiedzą "a nie mówiłem?"
czytaj resztę »Europeistyka
2009-10-09 01:04:36
Rozpoczęła się dziwna, można powiedzieć niepokojąca, batalia z Katedrą Fizjologii. Rzecz tyczy się regulaminu, który jest nie tylko niezwykle zawiły, ale ponoć też mniej korzystny niż w zeszłym roku. Nie wiem jak jest naprawdę, nie wgłębiałam się, ale w opinii starostów konieczna była interwencja i machanie Katedrze przed nosem regulaminem Uczelni. Oby nie była to zbyt pochopna decyzja, bo konsekwencje wojny z Fizjologią mogą odczuć (i pewnie odczują) wszyscy studenci. Trzeba czekać i zobaczyć, jak sprawy się potoczą. Oby w korzystnym dla nas kierunku.
A tak z innej beczki, jakiś tydzień po przeprowadzce dopadło mnie przeziębienie. Jak zresztą wielu innych studentów mojej uczelni. To chyba efekt tutejszych „mrozów”, bo w moim mieście było o niebo cieplej i z przyzwyczajenia przewędrowałam kilka pierwszych dni w dość letnim ubraniu :) Skończyło się bolącą twarzą: najpierw – jak mi się wydaje - V2 i V3, potem V1... Może coś jeszcze z tej anatomii pamiętam? :)
Znajoma, powiedzmy – X, ze stron rodzinnych zadzwoniła wczoraj do mnie, bo pogadać o naszych „drugich rokach” (X studiuje na innym lecz również absorbującym kierunku). W pewnym momencie rozmowa zeszła na naszą koleżankę Y. X poruszona do głębi opowiadała, że Y „prawie w ogóle nie ma zajęć. Parę godzinnych wykładów w tygodniu”. Do tego gdy wraca do domu, ma wolne. Y studiuje europeistykę. To mi przypomniało pewną znajomą z kierunku z serii ”przyjmujemy każdego, kto zdał maturę, tylko błagamy: przyjdźcie!”, która, gdy ją poznałam, uczyła się do piątej (!) poprawki zaliczenia. Chociaż czy się uczyła? Przecież zawsze może zdawać jeszcze raz, a kiedyś musi się w końcu udać...
Ale wiecie, co mnie motywuje? Taki pewien pacjent z moich praktyk. Pacjent psychiatryczny, który trafił na nasz oddział z zupełnie innego powodu. Pacjent, o którym lekarze i pielęgniarki mówili, używając słów rodem ze szkolnego korytarza. Pacjent, do którego przydzielili mnie, studentkę, ponieważ pielęgniarkom nie chciało się pilnować kogoś, kto nie chce leżeć spokojnie, ucieka z sali, i nie słucha poleceń. Czy komuś, kurna, przyszło do głowy, żeby zastanowić się: dlaczego? Czy ktoś nie mógł, zamiast zamykać go samego w sali, poświęcić trzy minuty (tak, tyle czasu to zajęło) by zatrzymać się przy nim na chwilę i wpaść na to, że pacjent po prostu NIE MA POJĘCIA, GDZIE SIĘ ZNAJDUJE? Wystarczyło spokojnie, nie opierdzielając go za to, że łazi po oddziale, jak mu nie każą, wyjaśnić mu, gdzie jest i dlaczego. Do czasu opuszczenia oddziału nie opuścił swojej OTWARTEJ JUŻ sali. Kropka.
Nie twierdzę bynajmniej, że mam powołanie czy coś tam. Słowo to dla każdego oznacza coś zgoła innego i nonsensem jest wykłócać się, kto je ma, a kto nie. Po prostu każdy taki przypadek wart jest tej nieprzespanej nocy, tej bieganiny po dziekanatach, tej gorączki przedegzaminacyjnej... I mam w dupie wszystkich, którzy pomyślą teraz o mojej naiwności, marnych zarobkach czy bluzgających, rzygających pijakach. Mam w dupie roszczeniowych i moherowych. Mam w dupie, bo jestem na drugim roku i jeszcze mogę :)
czytaj resztę »Zeszyt w kratkę
2009-10-04 12:55:45
Mieszkam w – powiedzmy – prawie centralnej i dobrze skomunikowanej części miasta. W okolicy sklepy, punkty usługowe i galerie handlowe. Wydawać by się mogło, że człowiek dostanie tu wszystko, jeśli nie w centrum handlowym, to w sklepiku za rogiem. Błąd. Może jako studentka mam zbyt wysokie wymagania, może moje potrzeby są klasyfikowane przez system podaży-popytu jako nieistotne, może zgłupiałam ostatnimi czasy i nie umiem czytać ze zrozumieniem nazw sklepów.
Szukałam zeszytów w kratkę w liczbie pięciu. Zwykłych, A5, 60-80 kartek. Nie w twardej oprawie z trójwymiarowymi rysunkami, z brokatem i Bóg wie czym jeszcze. Nie 200-kartkowych brulionów z mapą świata w środku. Nie 16-kartkowych w kolorowe i świecące linie. Nie z żarówiaście kolorowymi kartkami. Nie... I nie chodzi tu nawet o mój zmysł estetyczny, ponieważ byłam już skłonna kupić zeszyt z jakimś paskudnym pieskiem czy czymś w tym stylu. Chodzi o to, że nie zamierzam wydawać dwudziestu złotych na zwykły zeszyt, bo ma poprzyklejane cekiny, sztywną wkładkę w środku czy kolorowe marginesy.
Chwilami wolałabym już – jak dwie moje koleżanki - mieszkać na zadupiu, gdzie ma się pod oknem Lidla czy Biedronkę. Gdzie można wyjść i w pięć minut kupić zupkę chińską, produkt seropodobny, syfiastą szynkę i zeszyt w kratkę.
Czy ja marudzę?...
czytaj resztę »Doktory
2009-10-03 17:55:12
Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.
Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!
Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.
Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.
Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.
Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?
