1/3
2010-07-04 19:54:07
O matko, ile mnie nie było… Jakoś mi weny brakło, poza tym ten, który mi kiedyś powiedział, że czwarty semestr jest luźny, świetny i nic się nie robi właściwie, to chyba czymś ciężkim w łeb dostał za młodu i mu jakieś naczynka nie te, co trzeba, popękały, bo ja byłam pod koniec czerwca urypana do zgonu. A po powrocie do domu nawet mi się dupska nie chciało ruszyć, żeby praktyki do końca załatwić i do szpitala będę musiała jeszcze zawitać pewnie na dniach.
Ale nic, jest dobrze, powiedziałabym nawet – bardzo dobrze. Namber łan – biochemia (egzamin nawet był do zdania, nie powiem, ale słyszałam, że pierwszy termin dają całkiem całkiem), lektorat namber tu i namber fri – fizjologia, też życiowa. Roczek do przodu i jeśli nie ujebią mnie na praktykach (no co, na tych studiach nigdy nic nie wiadomo) to od października będzie mordowania się ciąg dalszy :) Co ciekawe, o trzecim roku nie słyszałam dobrego słowa jeszcze, a nawet jeśli słyszałam, to utonęło w morzu tych złych :) Ale dobra, dwa lata przeżyłam, przeżyję i trzeci (oby!), w końcu takiego braku weny do robienia czegokolwiek związanego z medycyną, jak na początku drugiego roku już chyba nie uświadczę ;)
Fizjologia nie była taka zła, jako że starości wykłócili się o zmianę regulaminu i nie można było zmieniać zasad oceniania według upodobania, pewnie o tym pisałam już, ale nie chcę mi się przeglądać bloga… Biochemia… uhm… była zła, ale za to egzamin ludzki, zadania otwarte głównie z cukrów, co dało się przewidzieć (przynajmniej mi się udało jakoś intuicyjnie wyczuć zamiary profesora, co dało mi upragnione zaliczenie). Reszta to cuda wianki, ale wszystko udało mi się bezboleśnie ominąć.
No ok, zaraz wieczór wyborczy, głosowałam, tak więc to będzie pierwszy wybrany przeze mnie prezydent :) Zobaczymy, co z tego będzie. Idę słuchać :)
