Pozytywnie

2010-01-23 22:10:12

Żeby nie było, że ciągle narzekam na blogu i opisuję najczarniejsze życiowe scenariusze w związku ze studiami, wyrzucaniem mnie z nich, rezygnowaniem i niezliczonymi wadami Uczelni, napiszę coś bardziej optymistycznego :) Przede mną trzecia sesja. Co w tym optymistycznego? Ano to, że udało mi się przerobić materiał dzień przed zamierzonym terminem. Bez złorzeczenia Katedrze, wyrzekania, jaki to świat zły, a ja głupia :) Mam nadzieję, że z resztą zaliczeń będzie podobnie. Następnym pozytywnym zaskoczeniem jest fizjologia. Po październikowo-listopadowych przejściach z Katedrą Fizjologii miałam pewne obawy co do tego przedmiotu. Okazało się jednak, że to jeden z najnormalniejszych i z całą pewnością najbardziej „medyczny” ze wszystkich przedmiot. Tajemnicze algorytmy i regulaminy to jedno, ale wyniki sprawdzianów są całkiem niezłe, nawet bardzo niezłe :) Cóż – na pierwszym roku wyniki rzędu 80% były raczej domeną „zerówkowicza ze wszystkiego”, a nie przeciętnego studenta. Poza tym mocno praktyczne ćwiczenia, przeplatane czasem aspektami klinicznymi, przypominają nam, co tak właściwie studiujemy. Bo na drugim roku łatwo zapomnieć.

W moim obecnym cukierkoworóżowym nastroju – mózg mi się przed sesją przegrzał...? :) – musi być jednak pewne ale. Ale to oczywiście biochemia, odwieczne utrapienie studentów mojej Alma Mater. Starosta jednej z grup, który był na radzie wydziału czy czymś podobnym, przekazał nam, że z przedmiotu Biochemia zagrożonych niedopuszczeniem do egzaminu jest 86 osób, czyli prawie połowa roku. Jako że z przedmiotu Biochemia nie jest przewidziane coś takiego jak warunek, na dzień dzisiejszy mogą wypierdolić tyle właśnie osób... Jesteśmy „najgorszym rocznikiem od czterdziestu lat” i tak dalej... A, i nie chodzimy na wykłady. To jest akurat prawda, tłumu osób nie widuję, powiem więcej, niektóre wykłady biochemii przegrywały w tym semestrze nawet z przedmiotami ogólnie niecieszącymi się popularnością, jak np. higiena. Wina leży pewnie pośrodku, tylko że my jesteśmy studentami...

No ale znowu narzekam, taka moja głupia przypadłość...

W szkole zawsze robiliśmy rankingi nauczycieli pod koniec roku. Na studiach można by zrobić pod koniec semestru ze względu na to, że większość przedmiotów już się kończy. Tyle że oceniane osoby z Uczelni mogłoby zostać szybko zlokalizowane – internet jest wbrew pozorom bardzo ciasny :) - i przez to zlokalizowany zostałby mój blog. A ja wolę jednak pozostać w miarę anonimowa :)



Dodane w studia

Komentarze: 2

Cellula 24.01.2010 r., 00:32
Kiedyś musi być pozytywnie - półtora roku na stwierdzenie, że to jednak te studia, to dość długo :) No tak - żona... :) Co do podręczników, to trochę Tracza, trochę Konturka (Konturek jest wymagany, z Traczyka czasem doczytuję, ale można się powiesić po czterdziestu stronach czytania tego) No i skrypt wykładowcy z krwi, plus dla niego za to!
misiek 23.01.2010 r., 22:53
Jak miło, że pozytywnie! Drugi rok studiów kojarzy mi się z okresem bardzo nasilonej koleżeńskości i "zacieśniania" więzów grupowych. Poza tym oczywiście że FIZJOLOGIA. Nie wiem z jakiego podręcznika nabywasz wiedzę na temat fizjologii Cellulo - najprawdopodobniej z "dużego" lub "małego" Tracza jak mawialiśmy. Na domiar złego miałem możność tegoż profesora Traczyka osobiście poznać. Jako wykładowcę fizjologii (BARDZO WAŻNY PRZEDMIOT NA PRZYSZŁOŚĆ - teraz nie żartuję!) i jako schorowanego pacjenta mego oddziału. Użyję tu ulubionego przeze mnie ostatnio sformułowania - pokiereszowany intelektualnie osobnik. Ale jego żona o 100% gorsza. Nie mógł być zupełnie normalny posiadając taką osobę u boku...

Dodawanie komentarza