Doktory

2009-10-03 17:55:12

Geniusz, w powszechnym wyobrażeniu jest to osoba trzymająca się daleko od ludzi, dziwak, nie korzystający z życia, spędzający czas tylko ze swoimi książkami i przemyśleniami. Cóż, geniusze lekko nie mają, w końcu większość to wariaci, ale któż nie chciałby być takim prawie-geniuszem? Dajmy na to przykładowo medycynę – ile to osób nie idzie na te studia, widząc siebie kroczących dumnie szpitalnym korytarzem wśród szeptów podziwu i uznania zachwyconych pacjentów i lekarzy? Ile osób nie zamierza być chirurgami (specjalizacja szalenie popularna na pierwszym roku), marząc o przeprowadzaniu szalenie skomplikowanych operacji z prawie 100% przeżywalnością pacjentów? No cóż, takie głęboko ukryte marzenia ma pewnie wielu, nie tylko w medycynie, ale w każdym innym zawodzie. I większość po prostu dąży do bycia dobrym w tym, co robi, traktując je jako swego rodzaju ideał. Jednak część osób, najczęściej z medycyną mających tyle wspólnego, co ja na pierwszym roku :) traktuje to najzupełniej serio, wierząc, że dostanie się na studia medyczne jest gwarancją bycia „geniuszem”. Tak rodzą się młodociane Doktory, najaktywniejsze w okresie przed- i pomaturalnym.

Jak na prawdziwego Doktora-geniusza przystało, nie mogą oni marnować swojego cennego czasu na bzdury. Nie chodzą więc na imprezy dla „pustych nastolatków”, telewizja jest im obca, a gry komputerowe to rozrywka dla debili. Szanujący się Doktor-geniusz nie tylko gardzi rozrywkami plebsu, ale również samym plebsem. Ironicznie wypowiada się o infantylnych kolegach z klasy, którzy zamiast zakuwać biologię do matury siedzą w kinie. Dyskutują w swoim szacownym gronie, jak to będą oni śmiać się po maturze z tych pustych idiotów, którzy na pewno nie przekroczą 40-50% z żadnego z rozszerzeń. No bo jak można aspirować na tak elitarny kierunek jak medycyna nie spędzając nad podręcznikami co najmniej 3-4 godzin dziennie? Dobre sobie!

Tacy ludzie dzielą się, a raczej życie dzieli ich na trzy grupy.

Pierwsi idą na maturę pewni siebie, znając na pamięć tabelę rozpuszczalności wraz z kolorami osadów, a systematykę mszaków mają w małym paluszku. Po czym dostają zadanie, w którym trzeba przepisać zdanie z obrazka do tabelki i wymiękają. Mają ledwo po 50% są obrażeni na cały świat, jeżdżą do CKE i wracają z niczym, stwierdzają, że matury są do dupy, klucz to czysty debilizm i poprawiają maturę za rok.

Druga gupa to ludzie, którzy zdają maturę nieźle, dostają się na medycynę i idą na studia w przekonaniu o niezwykłości swojego umysłu. Często próbują kuć Bochenka w wakacje, żeby zabłysnąć na pierwszych zajęciach i już na samym początku poniżyć plebs. Dostają po dupie na pierwszych zajęciach, czasem na którychś z kolei, zależnie od asystenta. Nie tego się spodziewali. Nie chodzą po szpitalu w białym kitlu prężąc się dumnie? Nikt nie mówi do nich panie doktorze/pani doktor? Wielu z nich stwierdza, że to dlatego, iż anatomia czy embriologia są bez sensu, gdyż nie mają nic wspólnego z medycyną. Takie gadki-szmatki, a ich talent objawi się później. O tych domorosłych doktorach pisałam już jakiś czas temu. Kretyni.

Trzecia grupa to ludzie, którzy dostają po dupie na pierwszych zajęciach podobnie jak poprzedni, jednak dociera do nich, co to znaczy studiować medycynę. Orientują się, że lekarzami nie są i jeszcze długo nie będą. I zostają w większości normalnymi studentami. Oby tych było jak najwięcej, dla ich własnego dobra psychicznego. Niedługo nowy rok akademicki – i każdy się przekona, do której z grup trafi :) A może do żadnej? Może znajdą się ludzie, którzy będą traktować zawód lekarza jako zawód, a nie elYtarną przepustkę do bycia kimś lepszym od innych, od tej gorszej głupszej reszty?




Komentarze: 1

twój mail.. 08.10.2009 r., 21:49
Bardzo trafnie napisane.Pozdrawienia!!

Dodawanie komentarza